Wiosna tuż tuż. Miejska partyzantka ogrodnicza na start!

red C

Wydaje się, że miasto to królestwo betonu. Ale miejska przestrzeń bez względu na to jak drogim marmurem będzie wyłożona, dopóki nie znajdzie się w niej miejsce dla zieleni będzie nieznośna i wszyscy będą chcieli się z niej czym prędzej wydostać. Szczęśliwie coraz częściej zauważają to architekci, miejskie władze, urbaniści, ale także zwykli mieszkańcy, którzy chcąc poprawić estetykę swojej najbliższej przestrzeni nie czekają aż ktoś coś zrobi, tylko chwytają szpadle i sami zaczynają działać.

fot. Mania Zyzak
fot. Mania Zyzak

Miejskie ogrodnictwo - dla jednych szalony pomysł, dla drugich utopijne komuny, ale ciężko znaleźć kogoś, kto nie uśmiechnąłby się przechodząc obok kwitnącej łączki w miejscu gdzie jeszcze niedawno straszyło błoto i śmieci. Szczęśliwie nie brak zapaleńców, którzy pomimo takich opinii, a czasem nawet z narażeniem się na grzywnę - w końcu partyzantka to często działania nielegalne, wyruszają ze szpadlami w miasto i zaniedbane przestrzenie zamieniają w ogrody.

Jak na nieformalne działania przystało nie ma tu jednego schematu działania. Każdy obmyśla swój plan i stara się wprowadzić go w życie. A nie jest to proste. Raz po raz słyszy się historie, w których kosiarze zgodnie z wytycznymi koszą trawnik a przy okazji ścinają całą szykującą się do kwitnienia nielegalną uprawę tulipanów.

Miejskie ogrodnictwo to kolektywne wysadzanie miasta, oswajanie siebie w mieście, osadzanie się w danej przestrzeni. Nie chodzi o to, żeby było ładnie, tylko żeby przestrzeń zaczęła lepiej działać, żeby zwrócić uwagę na to, co nas otacza. Nasze działania nie mają upiększać, tylko prowokować do spotkania - tak opisuje swoją pracę Kwiatek z Warszawskiego duetu Kwiatuchni.

Miejskie ogrodnictwo, to nie tylko kwiaty, które mają cieszyć oko. Coraz częściej spotyka się też typowe ogrody warzywne, które oferują świeże pomidory czy zioła. Utopia? Niekoniecznie. Takie uprawy mają całkiem długą historię. Pomijając okresy wojen, podczas których były życiową koniecznością, to także w czasach pokoju nie brakowało zapaleńców, którzy marzyli o tym by z małego nasionka wyhodować okazałe rośliny. Nie każdy jednak mógł sobie pozwolić na własny kawałek ziemi, która w miastach osiąga naprawdę astronomiczne ceny.

Tak właśnie zrodziła się ogrodnicza partyzantka. Termin powstał w latach 70. ubiegłego wieku na określenie działań Liz Christy, która na jednym z miejskich zaniedbanych placów Nowego Jorku założyła nieformalny ogród, który zresztą działa do dziś.

Z punktu widzenia lokalnych władz, to często kłopotliwe i niezgodne z przepisami działania, bo niby czemu ktoś miałby mieć prawo do wspólnego terenu? Ale partyzantka ogrodnicza to nie jest zawłaszczanie i wygradzanie prywatnej przestrzeni. To idea, która łączy wielu ludzi i która pomaga jednoczyć lokalna społeczność.

Może więc skoro patrząc przez okno widzisz zaniedbany trawnik, to może pora nie czekać na lokalne władze i wraz z sąsiadami stworzyć taką przestrzeń, w której wszyscy będą się dobrze czuli i która będzie waszym wspólnym powodem do dumy? Zwłaszcza, że w coraz większej ilości miast nie trzeba działać nielegalnie - coraz przychylniej patrzy się w nich na oddolne inicjatywy i pomaga je realizować w ramach budżetów partycypacyjnych i szeregu innych projektów.

Tematyce natury w mieście poświęcony jest też trwający właśnie konkurs Cembrit BOLD - więcej o konkursie przeczytasz TUTAJ.

Skomentuj:

Wiosna tuż tuż. Miejska partyzantka ogrodnicza na start!