Stop epidemii zalepiania witryn!

red, Jerzy S. Majewski

"Zalepianie witryn to już upiorna epidemia" - pisze w krytycznym tekście Jerzy S. Majewski z warszawskiego oddziału Gazety Wyborczej. W pełni popieramy jego słowa. Precz z naklejkami i płachtami w lokalach usługowych!

Epidemia zalepiania sklepowych witryn
Epidemia zalepiania sklepowych witryn
kolaż - red

Minęło kilka miesięcy, zanim zorientowałem się, że niedaleko mojego domu przy Grójeckiej znajduje się sklep mięsny Wierzejki. Przechodziłem obok niemal codziennie, ale za witrynami zalepionymi m.in. reklamą z wielką szynką nie widać było żadnego życia - pisze Jerzy S. Majewski.

Mijałem to miejsce obojętnie, sądząc, że trwa tam jakiś niekończący się remont. Jednak nie. Wieczorem przez otwarte drzwi zobaczyłem wnętrze z ladą. Teraz już wiem, że jest tu sklep, ale kupować w nim nie zamierzam. Skoro jego witryny są zalepione od góry do dołu, to znaczy, że sprzedawcy czegoś się wstydzą. Może brudu? Bo skoro sklep jest "zamurowany" folią, to może nie trzeba w nim zbyt dokładnie sprzątać.

Dawna, przedwojenna Warszawa była metropolią. Można było iść Marszałkowską, Nowym Światem, Bracką czy Chmielną i nosa nie odklejać od pięknie urządzonych wystaw. Kusiły, zapraszały do środka. Aż chciało się do takiego sklepu wejść. Już przed pierwszą wojną światową w naszym mieście zaroiło się od wielkich przeszklonych, lustrzanych witryn. A w latach 30. systematycznie je modernizowano. Były nowoczesne, miały kolorowe neony i chromowane ramy, wieczorem kusiły strumieniami świateł i tym, że ciągle coś się zmieniało za szybą. Dziś pod tym względem nasze miasto to głęboka prowincja. We Włoszech czy Niemczech lepiej prezentują się witryny maleńkich sklepików w zapomnianych wioskach niż te warszawskich sklepów

Zalepianie witryn to już upiorna epidemia, która coraz bardziej się rozszerza. Zaczęło się od banków. Jakiś mądrala od wizerunku wymyślił, że oddział bankowy najlepiej schować za zalepioną szybą, i się zaczęło. Wnętrza oddziałów bankowych, zwykle projektowanych przez architektów, poznikały. Każdy kij ma jednak dwa końce. Specom od wizerunku wydawało się pewnie, że to doskonała reklama. Mam inne zdanie. Skoro wnętrza banku zalepiają folią, to znaczy, że mają coś do ukrycia. Lepiej taki bank omijać szerokim łukiem, bo kto wie, co tam knują.

Pozalepiane witryny rozlewają się po całym mieście i dewastują architekturę. Przykładem niech będzie nowy blok na rogu Towarowej i Wolskiej. Jego elewacja intryguje. Cała jest przesłonięta drewnem i szkłem. I to szkło w przyziemiu właśnie znikło za folią - ładny dom zamienił się w śmietnisko. Niemal cały parter wygląda tak jak pobocze polskich dróg, zagraconych do nieprzyzwoitości paskudnymi reklamami. Istny horror! Jest tu zalepiony bar wook (aż strach wejść, co oni tam mogą podać?). Najgorszy jest jednak narożnik. Jedną szybę zakleił jakiś depilator (co tam ludziom robią?), inne witryny to reklama piwa ze skrzydłami husarskimi, za którymi ukryły się podejrzane delikatesy. Czyżby metafora bezmyślnej szarży zalepiaczy?

Pozostaje retoryczne pytanie: jak to możliwe, że w stolicy państwa witryny sklepów wyglądają tak, jakby to były okna brudnych blaszaków na niechlujnym targowisku? I dlaczego ratusz z tym nie walczy?

Odpowiedź odnajdziemy na placu Narutowicza. Tam obok ceglanego modernistyczno-romańskiego kościoła parafii św. Jakuba kończy się wznoszenie budy zakładu pogrzebowego obłożonej styropianem. Sprawia wrażenie samowolki zaprojektowanej przez pana Józka czy Władka, który kiedyś wymurował gdzieś na boku garaż z pustaków. Nic bardziej mylnego. Jak niedawno ujawniliśmy w "Gazecie", to całkiem legalne "dzieło" architektury zaprojektował naczelnik wydziału estetyki przestrzeni publicznej w ratuszu. Cóż, ryba psuje się od głowy.

Tekst pochodzi z Gazety Stołecznej (www.warszawa.gazeta.pl)

 

GŁOSUJ NA MNIE >>>

Skomentuj:

Stop epidemii zalepiania witryn!