Niechciane widokówki

Agnieszka Rumińska

Jak naprawdę wyglądają nasze miasta? Ela Dymna postanowiła się przekonać. Przemierzyła Polskę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu typowego krajobrazu. Znalazła lasy słupów reklamowych, gąszcze szyldów i morze płacht zasłaniających budynki. Rezultat jej poszukiwań można oglądać w albumie pt. POLSKI OUTDOOR, który jak sama mówi, jest rozpaczliwym wołaniem o zmiany.

Polski Outdoor
Polski Outdoor
Elżbieta Dymna


Agnieszka Rumińska (BRYŁA): W Warszawie ciężko znaleźć ulicę, skwer, budynek, który czegoś nie reklamuje. Podobnie jest w innych dużych miastach Polski. Powoli przyzwyczajamy się do takiej rzeczywistości, staramy się nie zwracać uwagi na chaos wizualny, który wokół nas powstał. Nie jest to jednak sytuacja naturalna. Najlepiej świadczą o tym reakcje turystów z innych europejskich stolic, których taki stan rzeczy najnormalniej w świecie dziwi. Dlaczego nasze standardy tak odstają od tych zachodnich?

 

Ela Dymna: Z reklamą jest dokładnie tak, jak z z samowolnym handlem. Gdyby nie straż miejska, każde ruchliwe skrzyżowanie w mieście, każdy uczęszczany chodnik, byłyby bazarem. Handlować nie wolno, ale reklamować się - jak najbardziej. Przepisy regulujące ten aspekt zagospodarowania przestrzeni są nieprecyzyjne, rozproszone pomiędzy kilkanaście ustaw i pomniejszych aktów prawnych, a na straży ich wykonania stoi kilka instytucji, dla których jest to problem czwartorzędny. Brak jest planów zagospodarowania, które teoretycznie powinny regulować tę kwestię. Brak jest odpowiedniego zdefiniowania przestrzeni publicznej i samej reklamy, jako takiej.

 

 

Większość reklam, pomimo, że w naszym odczuciu znajduje się w przestrzeni publicznej, tak naprawdę znajduje się na terenie prywatnym. Nawet tam, gdzie teoretycznie nie wolno stawiać reklam, np. w pasie drogi, polska pomysłowość jest górą. Wystarczy do billboardu dodać kółka i staje się on... pojazdem, który tam parkuje. Nawet gigantyczne billboardy czy płachty zakrywające całe budynki umieszcza się w przestrzeni publicznej na podstawie zgłoszenia, nie potrzebna jest zgoda urzędu. O pomniejsze reklamy nawet nikomu nie przyjdzie do głowy pytać. I tak dalej. Na to wszystko nakłada się nasza polska, powiedzmy, zwiększona tolerancja na nieporządek i chaos, akceptacja dla prowizorki.

 

W albumie POLSKI OUTDOOR portretujesz polskie krajobrazy. Niestety wrażenie po ich obejrzeniu jest bardzo smutne. Na zdjęciach polskie miasta i miasteczka dosłownie toną w reklamie. Przy głównych drogach ciężko odróżnić co jest znakiem, a co już szyldem lokalnego rzemieślnika, czy handlarza. Reklamy wkraczają także w przestrzenie święte, jak cmentarze, czy miejsca modlitwy, a także na uczelnie. Czy ta publikacja jest przestrogą? Przed czym?


Album spełnia kilka funkcji. Po pierwsze, zmusza do przyjrzenia się temu problemowi, bo 90% ludzi go nie widzi. Wyrobiliśmy w sobie mechanizm podobny w działaniu do pilota TV. Kiedy lecą reklamy - przełączamy się na inny kanał, albo idziemy zrobić sobie herbatę. Podobnie w przestrzeni publicznej. Wyłączamy percepcję, odrzucamy natłok nieistotnych komunikatów wizualnych,nie widzimy więc, jak naprawdę nasze miasta wyglądają. Dla wielu osób oglądanie tej publikacji to wstrząs, widzą miejsca, przez które przechodzą codziennie, nie widząc ich. Chcemy, żeby zobaczyli, jak naprawdę wygląda Polska, żeby się zbuntowali. Album spełnia też funkcję dokumentacyjną. Jestem przekonana, że za 20 lat nie będziemy mogli uwierzyć, że doprowadziliśmy nasz kraj do takiego stanu. Na koniec, album to trochę taki krzyk rozpaczy i wołanie o zmiany.

 

 

Organizacja Miasto Moje A W Nim, którą prowadzisz wspólnie z Marcinem Rutkiewiczem walczy z reklamowym zalewem polskiej przestrzeni publicznej. Jak można podsumować tę działalność? Czy możecie się pochwalić sukcesami w walce z nielegalną reklamą?

 

Założyliśmy stowarzyszenie gromadzące podobnych nam frustratów, dotkniętych nieszczęściem wrażliwości estetycznej i drogą urzędową zaszliśmy najdalej, jak było to możliwe. Po naszej prezentacji w Sejmie, Nadzwyczajna Komisja Przyjazne Państwo wystosowała do premiera dezyderat, postulujący rozpoczęcie prac nad ustawą regulującą rynek reklamy zewnętrznej w Polsce. Dokument ten był oparty w całości o postulaty naszego stowarzyszenia. Rząd - ustami ministra infrastruktury - odpowiedział ogólnikowo i wymijająco. Dlatego właśnie wydaliśmy album POLSKI OUTDOOR, który rozdaliśmy wielu ważnym osobom, prezydentom dużych miast, wojewodom, urzędnikom, znanym dziennikarzom, niektórym posłom, tzw. liderom opinii, niektórym organizacjom pozarządowym. Mamy nadzieję, że ten prezent zmotywuje ich do działania. W listopadzie minister Dziekoński zapowiedział rozpoczęcie prac nad ustawą regulującą rynek reklamy zewnętrznej, ale o ile wiem, prace zostały wstrzymane. Zostało nam jeszcze trochę albumów dla posłów z komisji infrastruktury i kultury, ale otrzymają go dopiero w momencie, gdy interesująca nas Ustawa trafi do sejmu.

 

 

Stara prawda głosi, że reklama jest dźwignią handu, więc od niej nie uciekniemy. Jak zatem skutecznie pogodzić interesy miasta i reklamodawców? Wystarczy pojechać do innych europejskich miast, aby przekonać się, że te dwie rzeczy można pogodzić. Dlaczego nam się to nie udaje?

 

A kto mówi, że ma się nie udać? Ja głęboko wierzę, że się uda! Wszystko zależy teraz od dobrej woli Ministra Infrastruktury, który m.in . dzięki naszym działaniom ma już świadomość wagi problemu. Poza tym mamy ułatwione zadanie, nie trzeba wyważać już otwartych drzwi - wiele krajów o znacznie bardziej rozwiniętych od naszej gospodarkach poradziło sobie z tym problemem dawno temu. Możemy wzorować się na normach prawnych obowiązujących w kilkudziesięciu krajach, do wyboru, do koloru. Np. w Singapurze prawo dotyczące zasad umieszczania reklamy zewnętrznej jest spisane na kilku kartkach papieru i działa znakomicie. Singapur to jedna z najdynamiczniejszych gospodarek światowych, rozwijająca się na bardzo ograniczonym terytorium, a jednak jest tam w przestrzeni publicznej niesłychany porządek. Z bliższych nam krajów, w Niemczech każda gmina może regulować sposób umieszczania reklam na swoim terenie przy pomocy zwykłej uchwały rady gminy, w Polsce to na razie niemożliwe - prawo miejscowe stanowi się w innym trybie. Wiele miast na świecie realizuje np. program "reklamy za rowery" - w zamian za wyłączność na eksploatację określonej liczby reklam na terenie miasta, firma reklamowa buduje sieć wypożyczalni rowerowych dla mieszkańców.

 

Sposobów regulacji tego problemu jest wiele, wszystko zależy tak naprawdę od politycznej woli rządzących, zarówno na szczeblu centralnym, jak i lokalnym. Dlatego właśnie tak wiele pracy wkładamy uświadomienie ludziom, jak bardzo na własne życzenie szpecimy nasze otoczenie. Jeśli ludzie zapragną zmian - stanie się to kwestią polityczną i politycy zaczną działać. Temu służy właśnie album POLSKI OUTDOOR, bo w chwili obecnej to firmy reklamowe są górą. Jedna z nich posunęła się nawet do groźnego memento pod adresem polityków - jako formę autopromocji, wywiesiła na należących do niej billboardach hasło "Bez nas politycy są bez szans". I jest to prawda. Który polityk oprze się dziś propozycji darmowej lub ulgowej reklamy na, powiedzmy, 2000 billboardów, w trakcie kampanii wyborczej? Jak taki ktoś ma później stanowić prawo godzące w interesy takich firm? Zrobi to tylko wtedy, jeśli właśnie za to poprą go wyborcy.

 

 

Na koniec, wierzę, że zmniejszenie liczby reklam nie godzi w zyski firm reklamowych. Mniej reklam to wyższe ceny reklam, czyli firmy reklamowe mogą realizować takie same obroty, obsługując mniejsze systemy, czyli mając niższe koszty stałe, a więc nawet większy zysk. Zmniejszenie ilości reklam leży więc w długofalowym interesie tych firm.

 

Dziękuję za rozmowę

 

Rozmawiała Agnieszka Rumińska

 

 

 

Zobacz także:

 

Odpakować Warszawę

 

Konkurs na nośnik reklamy dla Marszałkowskiej

 

Szok! Centrum Warszawy bez reklam

 

 


Skomentuj:

Niechciane widokówki