Christian Kerez żegna się z Warszawą

Rozmawia Dorota Jarecka

- Polska to kraj, który kwitnie, ma wielkie możliwości i wspaniałych ludzi. Skąd ta potrzeba szukania winnego? - tym pytaniem szwajcarski architekt Christian Kerez żegna się z Warszawą

Dorota Jarecka: Proces projektowania MSN w Warszawie kończy się dla pana dramatycznie. Zerwanie umowy przez miasto, pozew do sądu, 6 mln zł kary.

Christian Kerez: To jest jak z najczarniejszego snu architekta.

Każdy projekt jest trudny, zwłaszcza tak wielki, więc byłoby dla mnie zupełnie zrozumiałe, gdyby ratusz powiedział, że ma problemy z pieniędzmi, z infrastrukturą wokół muzeum, z roszczeniami do działek. Ale to, że mnie oskarżają, że chcą mnie ukarać za swoją niekompetencję, to jest niespotykane. To ostrzeżenie dla każdego architekta, który chce pracować w Polsce.

Na konferencji prasowej w Warszawie odpierał pan zarzuty miasta: to nie pan się spoźniał, tylko SZRM [Stołeczny Zarząd Rozbudowy Miasta] nie odbierał dokumentacji, wykonał pan żądane poprawki, pretensje o za wysoką belkę nad dachem czy za niski sufit w sali teatralnej są śmieszne. O co naprawdę poszło?

- Kiedy architekt wygrywa konkurs, budynek nie jest gotowy. To inaczej niż z kupowaniem samochodu czy lodówki. Miasto nie otrzymuje produktu, tylko koncepcję, którą dopiero trzeba rozwinąć. Na tym rozbijały się wszystkie rozmowy. Konkurs w 2007 r. był na koncepcję budynku. Projekt rozwijał się potem, był coraz ciekawszy, coraz lepszy. Jednak urzędnicy uważali, że zostali oszukani. Poprawki, które wprowadzałem na ich żądanie, albo takie, które robiłem sam, by udoskonalić budynek, SZRM rozumiał tak: skoro architekt cokolwiek poprawia, to znaczy, że były jakieś błędy. To zasadnicze niezrozumienie istoty zawodu architekta.

Argumenty wiceprezydenta Warszawy Jacka Wojciechowicza i Christiana Kereza.

Więcej o zerwaniu umowy na projekt budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej na placu Defilad - artykuły, listy, kłótnie.

Tylko w Polsce są takie problemy?

- Wszędzie trudno jest przyjąć klientowi, że jego projekt się zmienia, jednak inaczej sobie z tym radzą. W Szwajcarii jest tendencja do nadmiernej kontroli. W Chinach, gdzie projektuję wieżowiec banku, zarządzanie nie jest zbyt przejrzyste, ale przynajmniej nie obwiniają za swoje kłopoty innych. Projektuję teraz w Rio de Janeiro osiedle dla ludzi, którzy wcześniej żyli w fawelach, to inwestycja miejska. Projekt musiał być zaakceptowany przez mieszkańców, otwarta dyskusja była częścią procesu projektowania. Nie wiemy, czy będzie zrealizowany, idą wybory, zmienią się władze miasta, jednak w Brazylii zamawiający okazali się przyjaźni i otwarci. W Polsce spotkałem się z reakcją paniczną.

Z jakiego powodu?

- Z powodu braku zaufania.

Skąd ten brak zaufania?

- Na pozór to proste: jestem stosunkowo młodym architektem, mam niewielkie biuro, jestem cudzoziemcem. Ale powodem było co innego: niechęć do zaangażowania. Zaufanie zawsze jest wynikiem zaangażowania. To ciężka praca, nie chodzi o to, by zamknąć oczy i zaufać. Próbowałem zaprosić dyrektorów SZRM do Zurychu. Potraktowali to jak przekupstwo. Nie mieli pojęcia o mnie, o mojej pracy, nie przyglądali się procesowi projektowania, nawet nie patrzyli na plany. Dyrektor SZRM Paweł Barański oddawał je swoim współpracownikom, którzy zamiast pracować nad rozwiązaniem ważnych problemów, skupiali się na nieistotnych detalach technicznych.

Problem jest głębszy, strukturalny. Urzędnicy, których spotkałem, nie są w stanie podejmować decyzji. Każda decyzja ich przytłaczała. Kiedy w 2010 r. nie chcieli przyjąć projektu budowlanego, dosyłając mi listę rzeczy do poprawienia, próbowałem przekonać prezydenta Wojciechowicza, by powołał komitet sterujący, z niezależnymi ekspertami, który podejmowałby decyzje i rozwiązywał konflikty. Wojciechowicz powołał komitet, ale z Pawłem Barańskim. To było jak żart.

W jaki sposób zbudowali Centrum Nauki "Kopernik", Muzeum Historii Żydów Polskich?

- Te budynki stanęły na dobrze przygotowanych działkach. Z tym że Muzeum Historii Żydów Polskich buduje się już osiem lat. Byłem w zespole, który podobne w skali muzeum w Vaduz zbudował w dwa lata.

Kto w takim razie decydował, skoro nie urzędnicy? Kto panu w 2010 r. wymierzał pierwszą karę, kto teraz odstąpił od umowy?

- Podejrzewam, że projekt w 2010 r. utracił poparcie prezydent Gronkiewicz-Waltz. Kiedy SZRM wlepił mi pierwszą karę za rzekome opóźnienia, powinienem się zorientować, że to koniec. Ale miałem zaufanie do polityków. Dziwna rzecz, ta kara została naliczona dwa tygodnie po uroczystej prezentacji projektu w lipcu 2010 r. w obecności prezydent miasta i ministra Zdrojewskiego. To był już tylko spektakl dla mediów. Powinienem był wtedy upublicznić szczegóły, zorganizować konferencję prasową. A ja chciałem rozwiązywać problemy. Próbowałem negocjować, nawet dałem słowo prezydentowi Wojciechowiczowi, że nie będę mówił publicznie o projekcie. Sam się uciszyłem, żałuję.

Nie chcieli pana czy nie chcieli muzeum?

- Dla mnie to jest nie do rozdzielenia. Jeśli nie chcieli mnie, dlaczego trzymali mnie tak długo? Kiedyś wygrałem konkurs w Szwajcarii, po dwóch miesiącach klient zamówił projekt u innego architekta. Takie rzeczy się zdarzają.

Gdyby nie chcieli mnie, a chcieli muzeum, już dziś przedstawiliby nowego architekta. Szkoda, bo to mogłoby być pierwsze muzeum we wschodniej Europie o takim znaczeniu, w środku stolicy, ze znakomitą zawartością w postaci sztuki stąd, z tego regionu.

Dla mnie najważniejsza w projekcie jest idea. Jeśli uda mi się rozwinąć ideę, to nawet jeśli projekt umrze, mogę do niej wrócić w innym budynku. Nie zbudowałem dużo, ale każdy mój projekt ma znaczenie, jak kaplica w Oberrealta albo dom z jedną ścianą w Zurychu. Teraz pracuję nad wieżowcem w Chinach, bardzo eksperymentalnym, bo skonstruowanym jak namiot. Zwykle budynek ma konstrukcję ukrytą wewnątrz, tu rozpięty jest jak płótno na stelażu, konstrukcja została wyprowadzona na zewnątrz. Projekt warszawski to też jeden gest, jedna struktura, choć we wnętrzu ma zróżnicowaną przestrzeń i światło. Ta idea już promieniuje, na świecie widzę inspirację tym projektem. Znaczenie architekta polega nie na tym, ile zbudował, ale jak wpływa na innych, i w tym sensie to muzeum już jest sukcesem.

Zostanie pan architektem utopijnym, jak Amerykanin Buckminster Fuller albo brytyjska grupa Archigram? Też tworzyli projekty, które miały wielkie oddziaływanie, ale nie były realizowane.

- Różnica jest taka, że moje konstrukcje są możliwe do zbudowania. Nigdy się nie uważałem za architekta utopijnego, utopijne projekty to wręcz takie, który nie powinny zostać zbudowane, pozostać w sferze imaginacji. Ale nawet projekt niezbudowany może być zapamiętany, jak La Grande Bibliotheque w Paryżu Rema Koolhaasa.

Popełnił pan błędy?

- Być może komunikacja powinna być lepiej prowadzona. Powinienem zatrudnić więcej osób z Polski. Menedżerem projektu powinien być Polak. Ale największy błąd to była próba negocjowania, poszukiwanie rozwiązań, które było odczytywane jako oznaka słabości.

Chciał pan za dużo pieniędzy?

- Honorarium było ustalone w warunkach konkursu, zawsze jest liczone jako procent od kosztów budowy, w Polsce najczęściej 5 proc., jak w moim wypadku. Nie wiem dlaczego to zostało publicznie użyte przeciwko mnie. Mniej niż połowa tej sumy trafia do architekta, reszta służy opłaceniu specjalistów potrzebnych przy tworzeniu tak skomplikowanego obiektu.

To zresztą argument obosieczny - skoro uważają, że honorarium dla mnie jest za duże, to znaczy, że zrobili błąd, bo muzeum, które budują, jest za drogie. Projekt od początku budził emocje. Zaraz po konkursie pierwszy dyrektor MSN Tadeusz Zielniewicz wezwał do odrzucenia pana projektu.

- To także normalne, że architekt jest krytykowany. Publiczny budynek zasługuje na publiczną dyskusję. Od innych krajów Polskę różni tylko stopień agresji, z jaką się spotkałem. Okropna jest ta retrospektywna kultura oskarżania i okrywania hańbą innych. Polska to wspaniały kraj, gospodarczo kwitnie, ma wielkie możliwości i wspaniałych ludzi. Skąd ta potrzeba szukania winnego? To autodestrukcyjne.

Ale może z drugiej strony to jest dobre, bo generuje mocne opinie, np. w Szwajcarii tego brak. W Polsce czuje się silne emocje. Może dlatego stąd pochodzi tylu wspaniałych artystów.

Nawet jeśli już nie będzie tego budynku, mam poczucie, że samo pojawienie się tego projektu wyzwoliło debatę o przestrzeni, o architekturze, o mieście, która inaczej by się nie odbyła.

źródło: www.wyborcza.pl

gazeta wyborcza

 

ZOBACZ TAKŻE:


Będzie nowy konkurs na Muzeum Sztuki Nowoczesnej


Wielki McDonald's w centrum Warszawy


Przed i po: Projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej


Skomentuj:

Christian Kerez żegna się z Warszawą