Deregulacja i co dalej?

arch. Michał Dąbrowski

Zdaniem architekta Michała Dąbrowskiego, deregulacja w branży architektonicznej nie stanowi żadnego remedium dla rynku pracy. Artykuł z najnowszego numeru pisma Zawód:Architekt

Zawód Architekt
Zawód Architekt
Zawód Architekt

Postulowana przez polityków deregulacja być może zmodyfikuje w jakiś sposób układ uprawnień budowlanych w Polsce. Natomiast - niech nikt nie daje się nabrać - w żaden sposób nie rozwiąże problemu dostępności do zawodów architekta czy inżyniera budownictwa dla ludzi młodych

Główną barierą w uprawianiu zawodu architekta w Polsce jest postawa regulatora rynku, którym jest - bądźmy szczerzy - sektor zamówień publicznych i ustawa PZP. Promocja ceny, jako jedynego lub głównego kryterium na publicznym rynku usług projektowych, doprowadziła do sytuacji wypaczenia sensu naszej profesji. Przyczyny tego stanu rzeczy zakorzenione są w warunkach historycznych oraz w całkowicie błędnym współczesnym postrzeganiu celów inwestora.

Historyczna hierarchia rozwoju

Po okresie zaborów w wolnej Polsce trwały prace nad ujednoliceniem wymagań wobec zawodu projektanta. Przerwała je niestety II wojna światowa. Należy jednak zauważyć, że status projektanta oraz szacunek dla jego pracy był wysoko oceniany w dwudziestoleciu międzywojennym. Powód? Większość inwestycji była realizowana wówczas przez sektor publiczny lub klasę średnią mającą duże poważanie dla zawodów architekta i inżyniera projektanta.

Po wojnie, kiedy ustanowiono „państwo robotniczo-chłopskie” nastąpiło rozdzielenie pracy projektantów od społeczeństwa. A w związku z promowaniem pracy „konkretnej” nad umysłową - w szerokich kręgach społecznych narastało niezrozumienie oraz brak szacunku dla pracy wymagającej inteligencji, innowacyjności i kreatywności. Większość inwestycji realizowana była poprzez sektor państwowy, dokumentację wykonaną przez inżynierów z państwowego biura projektów sprawdzał zespół inżynierów z państwowego biura inwestycji, zatem partnerami po obu stronach (projektanta i inwestora) byli ludzie tego samego zawodu, znający się na rzeczy.

Większość projektantów pracowała w dużych jednostkach projektowych, które zapewniały właściwy proces szkolenia - młodzi ludzie wchodzący do zawodu mieli od kogo i gdzie pobierać naukę praktyczną, warsztatową. W naturalny sposób przechodzili więc przez szczeble kariery od kreślarza, przez młodszego asystenta do starszego projektanta.

Kryzys lat 80. i późniejsza transformacja gospodarcza spowodowały załamanie się systemu kształcenia projektantów. Państwowe biura projektów zostały w większości zlikwidowane, a architekci, zarówno doświadczeni, jak i początkujący stanęli przed koniecznością zorganizowania sobie dalszego życia zawodowego. Rynek zaczął się organizować na nowo. Przestały istnieć przedsiębiorstwa państwowe posiadające własne działy inwestycji z zatrudnionymi na etatach inżynierami, natomiast „nowi” inwestorzy nie widzieli potrzeby korzystania z wiedzy konsultantów, nie zdając sobie sprawy ze stopnia skomplikowania zadań projektowych i niemożności ich sprawdzenia bez pomocy fachowca.

Cena zaczęła dominować w projektowaniu

I tu trzeba przejść do sedna... Jaki związek ma cena usługi projektowej z jej jakością? Projektowanie wymaga poświęcenia zadaniu projektowemu pewnej liczby godzin. Im więcej czasu mu poświęcimy, tym efekt końcowy będzie lepszy, a zadanie wykonane staranniej i bardziej szczegółowo. Im bardziej przemyślany i bardziej szczegółowy będzie projekt, tym niższe będą koszty wybudowania zaprojektowanego obiektu. Zależność tę znają inwestorzy zagraniczni którzy przyjeżdżają do naszego kraju z własnymi konsultantami w dziedzinie projektowania, rozmawiają tylko z wybraną częścią biur projektowych i tylko tam zamawiają swoje usługi, weryfikując ich jakość.

Oczywiście cena wszędzie jest istotnym elementem oferty, ale startują tutaj partnerzy równej wagi, świadomi kosztów oraz zakresu prac, jakie muszą być zrealizowane. Niestety, jest to bardzo mały wycinek rynku inwestycyjnego. Ponad 50% wartości rynku stanowi sektor publiczny, w którym do konkurencji o największe nawet zlecenie jednoosobowa pracownia staje obok dużego biura projektowego. Urzędnik nie widzi braku możliwości rzetelnego wykonania zlecenia, bo nie zna się na projektowaniu, widzi jedynie cenę i jedynie ją może porównać.

Co w tym złego? Niech rynek to zweryfikuje!?

Niejednokrotnie słyszeliśmy argumenty o „niewidzialnej ręce rynku”. Wszystko byłoby dobrze, gdyby w procesie przetargowym był ktoś, kto jest w stanie zweryfikować nie tylko cenę usługi, ale i jakość opracowania. Niestety - po stronie zamawiającego w większości przypadków występują urzędnicy, którzy potrafią sprawdzić jedynie zawartość formalną oraz pozyskane decyzje i uzgodnienia. Prawdziwy moment weryfikacji jakości projektu nadchodzi dopiero w momencie kiedy zaczyna się on oblekać się w ciało, czyli... w trakcie budowy.

Tylko, że i tutaj nie ma chętnego do rzeczowej weryfikacji. Nadzór inwestorski (oczywiście wybrany w przetargu za najniższą cenę) ma „opłacony czas” jedynie na sprawdzenie dokumentów formalnych budowy, grubych błędów i kiepskiej jakości w wykończeniówce - bo dopiero na tym etapie inwestor potrafi zauważyć „różnicę”. Wykonawca (także wybrany w przetargu za najniższą cenę) ma na sztandarach wypisane hasło „optymalizacja” (czarujący synonim słowa „taniocha”)... która w praktyce sprowadza się do zmian materiałów droższych i lepszych jakościowo - na tańsze i gorsze.

Jeszcze raz: po co inwestorowi projektant (i inspektor nadzoru)?

Wróćmy do projektu. Teoretycznie na tym etapie powinny ujawnić się wszystkie błędy projektowe i... ujawniają się, ale projektant nie jest dyletantem, zna sposób działania rynku. Więc z mniejszym czy większym żalem, ze strachu przed poniesieniem kosztów błędów godzi się na zmianę dobranych materiałów wykończeniowych czy rozwiązań technicznych na gorsze, proponowane przez wykonawcę, który musi przecież znaleźć „dodatkowe” pieniądze.

Kosztorysy inwestorskie nie są przecież przygotowywane przez nieuków, ich autorzy świetnie znają stawki obowiązujące na rynku. Emocjonujące newsy w mediach, że oto inwestor zaoszczędzi tyle a tyle pieniędzy wywołują jedynie uśmiech politowania. Bo inwestor jeszcze o tym nie wie, ale dostanie za tę mniejszą cenę produkt daleko inny od tego, który zamawiał. I poniesie koszty dużo większe niż kwoty, które „zaoszczędził”.

Zapytać można: jakim cudem inwestor zostaje tak naciągnięty? Odpowiedź jest bardzo prosta: przecież osobą, którą zatrudnił do kontroli jest inspektor nadzoru (lub inżynier kontraktu, zależnie od nomenklatury) wybrany za... najniższą cenę! On nie ma czasu walczyć o interesy inwestora ponieważ inwestor nie zakupił u niego wystarczającego pakietu czasu. Inspektor czuwa jedynie nad dokumentami, które uchronią go przed posądzeniem o niedopilnowanie, godzi się na zmiany materiałów i rozwiązań o ile ktoś inny (projektant?) podpisze się pod decyzjami. I tak z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc upada jakość projektowania i budowania w Polsce.

Jaki ma to związek z młodymi ludźmi?

Fundamentalny. Do opracowania dobrej jakościowo dokumentacji potrzeba ludzi, czasu i związanej z tym zapłaty. Projekt tego samego budynku można zrobić w pojedynkę, a można w 10-osobowym zespole. Różnica będzie widoczna w jakości otrzymanego produktu - zarówno w zakresie uszczegółowienia jego rozwiązań formalno-funkcjonalnych, jak i optymalizacji kosztów.

Każdy element projektu, niezależnie od tego czy mówimy o konstrukcji, architekturze czy instalacjach można w dokumentacji pokazać w sposób bardziej lub mniej szczegółowy. Im dokładniej pokazany - tym niższe są koszty jego wykonania, ponieważ maleje ilość ryzyk związanych z wyceną. Ale... rosną koszty opracowania dokumentacji, gdyż do projektowania potrzeba więcej roboczogodzin.

Konkretne przykłady mogę podawać dziesiątkami. Najbardziej przemawiające do wyobraźni są te kosztowe. Wykonałem kiedyś prostą analizę do realizowanego projektu. Okazało się, że dodatkowe nakłady na projektowanie w wysokości 15 000 zł dałyby Inwestorowi zysk w kosztach realizacji pewnego żelbetowego elementu w wysokości 90 000 zł (głównie: koszty zbrojenia). Różnica 75 000 złotych!

Uważam, że w Polsce jest zbyt mała liczba architektów, ale - z uwagi na niską jakość opracowań oczekiwaną de facto przez inwestora - wydaje się jakby było nas za dużo. To zaś powoduje, że młodzi ludzie nie mają możliwości rozwoju zawodowego i nie mają gdzie się uczyć. Nie chodzi o sam fakt zdobycia uprawnień, gdyż to jest dopiero etap wstępny. Projektowanie architektoniczno-budowlane jest działalnością opartą na doświadczeniu, każdy kolejny projekt to prototyp. Doświadczenie jest zatem elementem kluczowym w zawodzie architekta. Nie bez powodu mówi się, że architekt szczyt swoich możliwości twórczych osiąga po 40-tce. Do tego czasu cały czas eksperymentuje i... uczy się.

Przy prawidłowo ustawionym poziomie kosztów projektowania do wartości inwestycji młody architekt, projektant, inżynier - ma możliwość znalezienia zatrudnienia w wieloosobowych pracowniach, a wówczas zyskuje szansę gromadzenia doświadczeń i korzystania z zawodowej wiedzy starszych kolegów. W przeciwnym razie doświadczenia zbiera sam eksperymentując na... całkowicie nieświadomych tego faktu inwestorach i ich pieniądzach.

Zawsze powtarzam projektantom w moim zespole, że są szczęściarzami ponieważ mogą „zarządzać” cudzymi funduszami. Bo do tego sprowadza się projektowanie - do planowania wydawania pieniędzy inwestora. Trudno to robić racjonalnie, kiedy inwestor nie chce widzieć związku pomiędzy ceną usługi a jej jakością, pomiędzy dobrym projektem a znaczącą obniżką późniejszych kosztów... To jest prawdziwa bariera zawodowa dla młodych. Myli się ten, kto sądzi, że deregulacja zawodu architekta tę barierę zniesie.

Oczywiście nie można zabronić prywatnym inwestorom wyrzucania w błoto ich własnych pieniędzy poprzez krótkowzroczne „oszczędności”. Nie można jednak obojętnie przyglądać się masowemu marnotrawstwu pieniędzy publicznych. Żeby mu zapobiec można wprowadzić regulacje stosowane w zamówieniach na usługi inżynierskie przez międzynarodowe organizacje operujące wielomilionowymi kwotami, jak np. Bank Światowy. Wystarczyłoby chociażby wyraźne stanowisko Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, że zgodnie z obowiązującą ustawą dla zamawiania prac projektowych i usług inżynierskich należy stosować tryb negocjacji z ogłoszeniem (patrz ramka na stronie obok). Oczywiście o ile nie dotyczy to obiektu o dużym znaczeniu publicznym, dla którego najlepszy będzie tryb konkursowy z zastosowaniem pozacenowych kryteriów oceny ofert oraz - jako integralną częścią - odpłatnym projektem koncepcyjnym, co opisano jako starania IARP w Z:A_03/2012 (Pozacenowe kryteria oceny ofert - jest poradnik UZP!, Marta Strzelak, str. 70).

To prawda - taki ruch spowoduje wzrost cen za świadczenie usług projektowych w przetargach publicznych, ale równocześnie doprowadzi do wzrostu jakości opracowań, obniżenia realnego kosztu budowy obiektów, a także ułatwi dostęp do zawodu młodym adeptom architektury.

Deregulacja nie stanowi żadnego remedium dla rynku pracy, gdyż komplikacje leżą gdzie indziej, a rozwiązanie wymaga dużej zmiany mentalnej, którą Państwo - jako Zamawiający znacznej części zamówień usług projektowych - może zainicjować, ku pożytkowi społeczeństwa.

Autorem artykułu jest architekt IARP - Michał Dąbrowski

Tekst pochodzi z magazynu Zawód:Architekt 06/2012. Dziękujemy za udostępnieni materiału do publikacji

Tekst oryginalnie zatytułowany "Deregulacja da pracę młodym?" pochodzi z magazynu Zawód:Architekt 06/2012.

BRYŁA dziękuje redakcji magazynu za udostępnienie materiału do publikacji

Skomentuj:

Deregulacja i co dalej?