Szczepanik-Dzikowski z JEMS kupił kawałek dworca

tomasz malkowski

Zagrożony wyburzeniem dworzec kolejowy w Katowicach od jakiegoś czasu jest wykupywany przez architektów. To tylko symboliczna sprzedaż, która ma służyć promocji unikatowej brutalistycznej konstrukcji. Jej kielichy kupili już amerykański architekt Bernard Tschumi oraz uznany katowicki projektant Tomasz M. Konior. Teraz Jerzy Szczepanik-Dzikowski z warszawskiego biura JEMS Architekci kupił jako pierwszy za pieniądze kolejny kielich. Zebrane datki mają być przeznaczone na akcję ratowania dworca.

24.03.2010 KATOWICE , BUDYNEK DWORCA KOLEJOWEGO . FOT. MARTA BLAZEJOWSKA / AGENCJA GAZETA
Jeden z kielichów katowickiego dworca
Fot. Marta Błażejowska / Agencja Gazeta

 

 

Tomasz Malkowski:Jak pan zareagował na plany wyburzenia dworca w Katowicach?

 


Jerzy Szczepanik-Dzikowski: Chyba jak każdy architekt- pomysł wyburzenia konstrukcji kielichowej dworca jest skandaliczny, wynika z braku szacunku dla architektury tamtych lat i chyba kultury w ogóle oraz z fałszywego pojmowania nowoczesności. Inwestor mami wizualizacjami "nowoczesnej" galerii handlowej, ale to kojarzenie nowoczesności z tanim blichtrem aluminiowej ślusarki, a przecież dworzec wciąż swoją awangardową formą może zawstydzić niejeden nowoczesny i niemal każdy współczesny budynek.

 

 

Może to wina władz w Katowicach?

 

Ci urzędnicy, z którymi mamy do czynienia w Katowicach, to wspaniały zespół (JEMS projektują Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach - przypis red.). To kompetentni ludzie.Zapewne katowicki Ratusz nie wykazywał dalekosiężnych inicjatyw w kwestii sposobu i formy przebudowy dworca. Jeśli ten znakomity przykład polskiego konstruktywizmu oddano w ręce dewelopera, bez konkursu, to jest to zaniechanie władz. Gdzie jest katowicki Konserwator Zabytków - tam pracujący ludzie są odpowiedzialni za ochronę dziedzictwa kulturowego. Podejrzewam też, że kolej ma swój udział w zaistniałej sytuacji.

 

 

Stanął Pan w obronie dworca kupując symbolicznie za tysiąc złotych jeden z kielichów jego konstrukcji. Ale to przecież architekci, uznana pracownia Sud Architectes projektuje na zgliszczach kielichów.

 


Sud Architectes wsławili się łódzką Manufakturą, tam uszanowali tkankę fabryki Poznańskiego. To że tu postępują inaczej może być wynikiem stosunku klienta do tkanki dworca. Ten w Łodzi chciał zachowania ceglanych hal, natomiast Neinver najpewniej ma inne priorytety, nie zależy mu na konstrukcji dworca. Trzeba pamiętać, że jak ruszy wielka machina korporacyjna, w której jest już gotowy projekt, to bardzo trudno ją zatrzymać.

 

 

A jak Pan osobiście zapatruje się na sam dworzec i jego halę?

 


Zawsze wywołuje we mnie olbrzymie wrażenie. To niezwykły przykład architektury, który nazywano niegdyś strukturalną, gdzie forma wynika z konstrukcyjnej struktury. Niezrozumienie jej wartości nie jest przywarą Katowic. W Warszawie przewijał się pomysł wyburzenia przystanków Linii Średnicowej, szczęśliwie zaniechany, ale wyburzono halę terminalu Okęcia. Pamiętam jak spędziłem na dworcu w Katowicach noc w stanie wojennym, czegoś równie ponurego nie przeżyłem już nigdy potem. Po hali dworcowej chodziły trójki milicyjno-żołnierskie i chyba z cztery razy mnie legitymowały. Dziś dworzec widzę równie ponuro, bo jest zaśmiecony kioskami i budami, które bezładnie zarosły go przez lata. Ale jako profesjonalista potrafię spojrzeć na tę strukturę bez uprzedzeń, z innej perspektywy i widzę znakomite dokonanie architektoniczne i inżynierskie na miarę katowickiego Spodka. Potrafię sobie wyobrazić, że po stosownej przebudowie ta konstrukcja mogłaby zacząć zachwycać i fascynować nie tylko architektów.

 

 

Czy przebudowa i tak nie zaszkodziłaby pierwotnej koncepcji dworca?

 


Ta struktura jest bardzo elastyczna. W ramach interwencji, która zrehabilituje dworzec i doprowadzi go do współczesnych standardów można dopuścić nawet daleko idące zmiany. Dworzec nie jest świętością - ale jego kielichy, struktura konstrukcji dachu winny być bezwzględnie zachowane. I nie jest prawdą, że przebudowy takiej nie można połączyć z ekonomiczną efektywnością oczekiwaną przez dewelopera. W szczególności wobec faktu, że powszechny jest chyba consensus co do konieczności przebudowy strefy przed dworcem PKP, likwidacji kładki i dworca PKS i wprowadzenia w to miejsce nowej (nawet komercyjnej) kubatury o funkcjach przydatnych miastu i w formie mu przyjaznej.

 

 

Jak przekonać ludzi do dworca, by spojrzeli na niego bez uprzedzeń?

 


Opinia publiczna wylewa kubły pomyj na obecny dworzec, ludzie postrzegają ten obiekt poprzez chlew przed budynkiem, głupotę tej kładki, stan tego dworca, jego zabrudzenia i niefunkcjonalności elementów, które się już zestarzały i popsuły. Zwykły człowiek nie może oddzielić tego wszystkiego od przestrzennego zamysłu dachu, nad którym my się tak zachwycamy. Sprzeciw wywołuje też surowy beton, który kojarzy się ludziom z czymś nieukończonym.

 

 

Ale nie można winić mieszkańców, że nie podzielają naszego zdania. Zbieramy teraz owoce tego, że przez dziesięciolecia my architekci uważaliśmy się za demiurgów, mówiliśmy że to tylko my odpowiadamy za ład i porządek, to my przypisywaliśmy sobie prawo do kultury budowania domów. Ta retoryka, ciągnąca się od czasów PRL, jest jedną z przyczyn uwiądu dialogu pomiędzy architektem a użytkownikiem (użytkownikiem jest wszak nie tylko klient, ale przede wszystkim lokalna społeczność), a uwiąd ten w konsekwencji zagraża nie tylko naszemu zawodowi, ale obrazowi miast i wsi, w których wszyscy żyjemy.

 

 

Nie znam lepszej recepty na przekonanie kogoś o czymś niż rozmowa, w której wzajemnie przedstawiamy swoje racje. Martwi mnie jednak tembr wypowiedzi na internetowych forach, w których siła inwektyw zastępuje pustkę argumentów. Większości krajów zachodniej Europy ten poziom chamstwa jest obcy. Co ma na przykład do sprawy wartości konstrukcji dworca nasz stosunek do prezydenta miasta? Co ma do tego ocena mojej osoby jako kretyna czy bałwana, która być może pojawi się na jakimś forum?

 

 

Przy sprawie dworca architektom zarzuca się, że narzucają swoje zdanie zwykłym ludziom.

 


Oczywiście, że chcielibyśmy jako architekci aby rozumienie przestrzeni i formy było takie, jakie nam się wydaje właściwe. Bo to my jesteśmy profesjonalistami. Ale mało kto wierzy w nasz profesjonalizm. Jesteśmy może zgodni w sprawie kielichów ale - zróbmy rachunek sumienia - ileż razy nie umiemy się porozumieć między sobą w ważnych dla architektury i przestrzeni sprawach, a ileż razy wielu z nas poświęca je dla doraźnych korzyści, zaspokojenia płytkich ambicji.  Ponadto, jesteśmy w kryzysie kulturowym i cywilizacyjnym, nie tylko Polska, ale cały świat. To znaczy tyle, że coraz mniej wartości jest wspólnych wszystkim ludziom. Możemy bronić naszych wartości, mówić co jest słuszne naszym zdaniem, ale nie dziwmy się, że mało kto nas słucha. Bo dawno przestaliśmy być autorytetami w sprawach architektury. W innych sprawach zresztą autorytety również nie liczą się, takie mamy czasy.

 

 

Co można zrobić, by uratować dworzec przed wyburzeniem?

 


Ja bym robił wszystko, by współpracować z deweloperem. Bo jak chcę coś wygrać to muszę też coś przegrać. Trzeba się dogadać, bo po co jest nam ta wojna polsko-polska! Wam zależy na galerii handlowej, nam na zachowaniu dworca. Jesteśmy w stanie uszanować Wasze warunki, że potrzebujecie metrów kw., by Wam zwróciła się cała ta inwestycja, zgadzamy się na modernizację dworca, ale taką, która nie oznacza jego wyburzenia. A nadto, trzeba społecznego poparcia dla tego dialogu.

 

 

Przedstawiciele najważniejszych stowarzyszeń architektonicznych na Śląsku zaproponowali nawet deweloperowi za darmo pomoc przy projekcie, tak by dostosować go do hali z kielichami. Neinver propozycję odrzucił argumentując, że nic nie uchroni kielichów, bo są w złym stanie technicznym.

 


A co ma stan techniczny do zachowania kielichów? A czy północna ściana refektarza w Malborku jest w dobrym stanie technicznym? Ale państwo polskie mimo tego płaciło rok w rok miliony (a może nadal płaci), by ją zachować. Nie chcę tu teraz robić porównania pomiędzy zamkiem w Malborku a dworcem, ale jak coś ma wartość kulturową, to jego stan techniczny nie ma żadnego znaczenia, bo walczy się o jego zachowanie za wszelką cenę. Deweloperzy potrafią chronić zabytki, gdy wymaga tego prawo. Czyżby nie potrafili tego robić wtedy, gdy wymaga tego kultura?

 

 

Sprawa dworca w Katowicach przypomina walkę o warszawski Supersam. Tam też rzesze specjalistów, architektów i historyków sztuki walczyły o budynek, ale przegrały z deweloperem.

 


Problem z architekturą jest taki, że ta materia mało kogo interesuje. Czy ktoś pamięta, żeby jakiś znany muzyk albo reżyser stanęli w obronie jakiegoś budynku? Czy o dworzec w Katowicach upominają się aktorzy albo choćby senator Kutz, który przecież pochodzi z tego miasta? To dla nich żadna sprawa, bo nic na niej nie ugrają.

 

 

Czasami wydaje mi się, że my architekci żyjemy w innym świecie, tak bardzo te nasze wartości mijają się z wartościami innych ludzi. Może to my, obrońcy dworca jesteśmy nienormalni? Może zamiast kielichów ważniejsze jest, że powstanie tam 15 dodatkowych markowych sklepów, które nie zmieściłyby się w dobudowywanej galerii? Może dla wielu ludzi kolejne punkty obsługi klientów operatorów komórkowych są milej widziane niż betonowe kielichy? Tylko dlaczego nie można łączyć jednego z drugim?

 

 

Co by Pan poradził obrońcom dworca?

 


Zróbcie jedno - żeby było wiadomo, kto doprowadził do wyburzenia, kto chciał tego, a kto mógł się sprzeciwić, a tego nie zrobił. To powinno być upublicznione i utrwalone. Może dziś to nie ma znaczenia i żadnemu z decydentów nie spadnie głowa, ale po latach może ktoś będzie o tym pamiętał. W Warszawie pamięta się np. kto stał za wyburzeniem w 1960 roku, Pałacu Kronenberga, na którego miejscu zbudowano hotel Victoria, w Katowicach kiedyś będzie się wspominać burzycieli dworca.

 

 

Rozmawiał Tomasz Malkowski

Jerzy Szczepanik-Dzikowski - architekt, urodził się w 1945 roku w Lublinie. W 1972 roku ukończył Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. W latach 1984-1989 prowadził wspólnie z Olgierdem Jagiełło pracownię autorską w ramach Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów Plastyków. W 1988 roku razem z Olgierdem Jagiełło i Maciejem Miłobędzkim założył spółkę JEMS. Od tej pory cała jego działalność jest związana z pracownią JEMS Architekci. Dziś to najbardziej uznane biuro architektoniczne w Polsce - autorzy m.in. siedziby Agory SA, czy pawilonu na skwerze Hoovera w Warszawie.

 


 

Zobacz też:


Pierwszy kielich dworca w Katowicach sprzedany!


Znicze w obronie kielichów


Dworzec w Katowicach ma swoje koszulki

 


Skomentuj:

Szczepanik-Dzikowski z JEMS kupił kawałek dworca