Architekt w kryzysie

Dawid Hajok

Kryzys zapukał do biur architektonicznych. Pracownie w całej Polsce skarżą się na zmniejszającą się liczbę zleceń. Do łask wracają zamówienia publiczne. Architekci na powrót szukają pracy w miejskich urzędach. 

Kryzys w branży architektonicznej
AG

 

 

- Odczuwalne jest już wyraźne zmniejszenie liczby nowych zleceń, a wcześniejsze są wstrzymywane lub ich budżet zostaje znacznie uszczuplony. Inwestorzy uzależnieni są od banków, a te nie są już tak chętne do dawania im kredytów. Koło się zamyka - stwierdza Jan Kubec, architekt z laboratorium architektury RAr-2 w Gliwicach. Jego zdaniem wiele pracowni musi liczyć się ze znacznym spowolnieniem inwestycyjnym. - Już teraz cięcia dotyczą trzech z pięciu projektów realizowanych w biurach architektonicznych na Górnym Śląsku - ocenia Kubec.

 

Współwłaściciel znanej w kraju pracowni Medusa Group z BytomiaPrzemysław Łukasik stwierdza: - Tragedii jeszcze nie ma, ale nie jest to już ten sam rynek co siedem miesięcy temu. Spowolnienie odczuwamy na własnej skórze. Jeden z klientów zastanawia się nad okrojeniem projektu apartamentowca o parking podziemny. Inny inwestor już zdecydował o przyhamowaniu inwestycji.

 

 

Przemo Łukasik, Medusa Group

 

- Jeszcze w połowie ubiegłego roku do izby zgłaszali się właściciele pracowni, pytając o młodych architektów, których mogliby u siebie zatrudnić. W tej chwili takich zgłoszeń już nie mamy. Wręcz przeciwnie. Mniejsza liczba zleceń powoduje, że co krok dowiadujemy się, iż biura projektów przygotowują się do redukcji etatów - mówi Borys Czarakcziew, przewodniczący Małopolskiej Okręgowej Izby Architektów.

 

 

Problemy nie omijają nawet światowych gigantów. Jedna z najsłynniejszych międzynarodowych pracowni Foster&Partners zapowiedziała zwolnienie blisko 300 osób. Kilka tygodni temu holenderskie biuro Erick van Egaraat Associates (posiadające swoje oddziały w Londynie, Moskwie, Budapeszcie i Pradze) ogłosiło utratę płynności finansowej. Podobną sytuację można już obserwować u nas.

 

 

Zaniepokojeni architekci coraz częściej swojej "spokojnej przystani" na czas kryzysu szukają w miejskich urzędach. W ubiegłych latach nie cieszyły się one dużą popularnością. Tymczasem na ostatni nabór do magistrackiego Biura Planowania Przestrzennego w Krakowie zgłosiły się aż 92 osoby. Wcześniej było to zaledwie kilku, ewentualnie kilkunastu chętnych, i to niekoniecznie z wykształceniem architektonicznym.

 

 

Do łask wracają też zamówienia publiczne. Jeszcze w ubiegłym roku jednostki, które organizowały przetargi i konkursy, żaliły się, że bardzo mało firm decyduje się na start w przetargach. Teraz i to zaczęło się zmieniać. Do konkursu nahotel na warszawskim Okęciu zgłosiło się 120 pracowni. Konkurs na bulwary wiślane w Warszawie zainteresował około 100 pracowni, a na Muzeum Wojska Polskiego w stolicy zanotowano ponad 70 zgłoszeń.

 

 

- Kryzys wzmógł konkurencję. Problemy zaczynają dotykać wszystkich, nawet duże i znane pracownie, które z racji swojej renomy zamiast ubiegać się o naszpikowane obostrzeniami zamówienia publiczne, wolały realizować inwestycje prywatne - zauważa Czarakcziew.

 

 

Dziś jednak architekci prowadzący projekty miejskie śpią spokojniej. - Kryzys nie jest tak odczuwalny, ponieważ inwestycje publiczne, szczególnie te współfinansowane ze środków unijnych, mają zapewnione środki - stwierdza Kubec. Jego pracownia realizuje potężny projekt Centrum Nauki "Kopernik", które powstaje w Warszawie.

 

 

Problemy finansowe już dawno uderzyły w biura architektoniczne w Irlandii i Anglii, gdzie pracuje wielu projektantów z Polski. - Część zatrudnionych tam architektów zacznie wracać do kraju. Ale trudno będzie im tu znaleźć zatrudnienie. Pracowali na innych standardach, w innych uwarunkowaniach prawnych. Projekty budowlane, które tam realizowali, to przeważnie bardziej rozbudowane koncepcje, stąd trudno jest przekonać się innym biurom w naszym kraju do zatrudniania tych osób u siebie. Szczególnie, kiedy mowa jest raczej o redukcji etatów niż o przyjmowaniu nowych pracowników - tłumaczy Czarakcziew.

 

 

- W pracowniach zorganizowano spotkania z pracownikami. Tydzień później wprowadzono system pracy trzydniowej. Zaczęliśmy rozglądać się za dodatkowymi zleceniami. W grudniu doszła do tego fala masowych zwolnień. Obcokrajowcy idą pod nóż jako pierwsi - przyznaje Renata Rokita z Hollington Architect & Design Team w Bournemouth w Wielkiej Brytanii. Jej firma zatrudnia 13 architektów, w tym Polaków.

 

Dziś dla wielu z nich nie ma już na Wyspach perspektyw. - Słyszę, że część znajomych z Polski poważnie zastanawia się nad powrotem do kraju. Sądzę jednak, że prędzej czy później ten globalny krach dotrze też do Polski i wyrządzi tu takie samo spustoszenie jak na Wyspach - ocenia Rokita.

 

 

Ale nie wszyscy architekci widzą kryzys w ciemnych barwach. Izabela Klimaszewska, wiceprezes ds. informacji Krajowej Rady Izby Architektów, twierdzi nawet, że mniejsza liczba zamówień projektowych może stać się okazją do spokojnej pracy nad należytym przygotowywaniem inwestycji. - Chodzi o objęcie większych obszarów kraju planami miejscowymi oraz dopracowywanie koncepcji przyszłych projektów, które w konsekwencji będą podnosić wartość kulturową przestrzeni publicznej - stwierdza.

 

 

Dawid Hajok

Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków

 

 

Zobacz także:

 

Wieżowce przyszłości

 

Erick van Egeraat zbankrutował!

 

Wieżowiec Fostera krótszy o połowę

 

Skomentuj:

Architekt w kryzysie