Co mówią o nas budynki, które wznosimy? Rozmowa z Filipem Springerem

Rozmawiała Anna Ostrowska

Wprowadzanie zmian po łebkach powoduje, że dzieje się coś odwrotnego od pierwotnego zamierzenia. Administracja szybko zyskuje argument, że próbujemy zrobić to, co robią na świecie, ale nam nie wychodzi, bo jesteśmy innym krajem.

Dom Towarowy Solpol we Wrocławiu
Fot. Maciej Lulko

ANNA OSTROWSKA: Jedna z definicji mówi, że "architektura to ramy przestrzenne dla procesów społecznych". Co można powiedzieć o naszym społeczeństwie, patrząc na architekturę i projekty naszych miast?

FILIP SPRINGER: Mnie bliższe są sformułowania, które głosił m.in. Oskar Hansen, że architektura jest tłem dla życia i że przestrzeń o wiele lepiej upowszechnia ideologia niż książka filozoficzna. Architektura bardziej mnie interesuje właśnie w tym kontekście niż w aspekcie czysto "obiektowym". O wiele ciekawsze jest traktowanie jej jako nośnika opowieści.

Jakie historie można opowiedzieć o Polsce analizując naszą architekturę?

Mówi się, że Polska jest brzydka i ja się z tym zgadzam. Polska wygląda dokładnie tak, jak chcą tego Polacy. Dlaczego nie ma jakiegoś ogólnego sprzeciwu wobec tej brzydoty? Z jednej strony możemy patrzeć na architekturę jak na nośnik naszej historii i tu mamy np. Pałac Kultury i Nauki, który jest niesamowicie wymownym i wiarygodnym źródłem wiedzy na temat stalinizmu w Polsce. On mówi o historii językiem architektury. To nie jest narracja zbudowana na tym, że wiemy dlaczego powstał, jest pomnik, napis... Pałac opowiada o PRL-u językiem architektonicznym.

W jaki sposób?

Pałac Kultury i Nauki jest nie do obalenia i nawet jeśli wokół powstają inne inwestycje, bardziej czy mniej karykaturalne, to on nadal rządzi w tym miejscu i jeszcze nie znalazł się taki, który potrafiłby to odwrócić. Opowieścią o momencie dziejowym jest też Solpol we Wrocławiu, postmodernistyczny budynek Wojciecha Jarząbka. Jeśli chodzi o jego estetykę, to nie moja bajka. Natomiast jestem przeciwny postulatowi jego wyburzenia. Żaden inny budynek nie opowiada tak dobrze o początkach transformacji, o ucieczce od PRL-u. Wtedy to rozpoczęła się na dobre swawola architektoniczna, radosny zwrot ku kolorom i formom.

A które budynki opowiadają o tym, co dzieje się teraz?

Z kolei dojrzały, wynaturzony i bardzo neoliberalny kapitalizm uosabia Vitkac przy ul. Brackiej w Warszawie.Potężny, masywny, bardzo arogancki budynek, który doskonale realizuje założony program: bogate sklepy, które są wewnątrz, miały znaleźć manifestację w postaci architektury. Słyszałem kiedyś taką opinię, że samochody warte więcej niż 100 tys. zł nie mają problemu z parkowaniem, to znaczy parkują tam, gdzie chcą. I ten budynek właśnie jest taki. On nie miał problemu z zaparkowaniem w przestrzeni miejskiej. I to znowu jest opowieść, nie tyle o budynku, bo Vitkac pod wieloma względami jest fantastyczny, tylko o kawałku naszej historii, historii gospodarki i o ekonomii w ogóle.

Vitkac pokazuje, że tak bardzo chcemy się odciąć od PRL-u, że zastępujemy nowymi inwestycjami architekturę modernizmu. Wcześniej w tym miejscu był Pawilon Chemii.

Myślę, że tu raczej zadziałał taki mechanizm, jak w wielu podobnych przypadkach, tzn. za każdym razem, jeśli przeciwko budynkom powojennego modernizmu stają pieniądze, to te budynki znikają. Przełomem może być Cracovia, budynek, który miał być najpierw galerią handlową, potem kompleksem biurowym, a ostatecznie obiekt kupiło Muzeum Narodowe i będzie tam jego oddział. Myślę, że na tym etapie rozważań o powojennym modernizmie, coraz mniej mówimy o odreagowaniu komunizmu i PRL-u. W większym stopniu o Excelu i rachunku finansowym. O tym, czy opłaca się wyburzyć Emilię i wiele innych budynków.

Myślałam bardziej o wymiarze symbolicznym. Nie ma Pawilonu Chemii, jest Vitkac. Dzisiaj odium PRL-u jest zdejmowane z architektury i na modernizm patrzy się pod innym kątem.

Tak, nie ma też SuperSamu, jest inna galeria handlowa, nie ma dworca w Katowicach i też jest galeria handlowa. Galerie handlowe są chyba głównym rzeźnikiem powojennego modernizmu. One i obiekty biurowe. Jasne, że tak się dzieje.
W wymiarze symbolicznym manifestacje starego systemu zastępowane są manifestacjami nowego systemu, bo galeria handlowa jest ucieleśnieniem kapitalistycznej Polski.

Wracając do Pałacu Kultury i Nauki, praktycznie żadne planowane tam projekty nie mogą zostać zrealizowane. Sztandarowym przykładem jest chociażby Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Cały plac Defilad jest soczewką, przez którą można opowiedzieć sporą część historii architektury. Istotna dla tego miejsca była historia Kupieckich Domów Towarowych w kontekście Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wiele mówi ona o tym, jak odzyskujemy miasto. Projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej pojawił się w 2007 roku. Jego autor, Christian Kerez, wyszedł z założenia, że nie ma co walczyć z Pałacem Kultury formalnymi środkami wyrazu, bo obiekt jest tak duży i tak zachłanny, że nie ma sposobu na jego zneutralizowanie. Postawił więc na budynek introwertyczny, który z zewnątrz jest oszczędny, a wewnątrz ma zaskakiwać, być czymś odwrotnym do Pałacu Kultury i Nauki. Kiedy pojawiła się wizualizacja, jakiś żartowniś dorysował do niej logo supermarketu i od tego czasu dyskusja o MSN była już debatą o supermarkecie przy placu Defilad: "Po co burzyliśmy KDT, skoro budujemy nowy market". No i nie odzyskaliśmy placu. Ważnym wątkiem w dyskusji o placu jest też kwestia pseudodworca dla autobusów, który - moim zdaniem - kompromituje miasto. Zresztą wiele jest takich miejsc, które wołają o pomstę do nieba. Choćby działka przy skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, gdzie ciągle stoją paskudne budy na kółkach. Właściciel może je przesuwać o pół metra i ciągle jest bezkarny. W obszarze placu Defilad kryje się bardzo wiele opowieści, za pomocą których można przedstawić sporą część historii Polski.

A czy zauważasz pozytywne zmiany, jeśli chodzi o odzyskiwanie przestrzeni i tworzenie miejsc przyjaznych mieszkańcom?

Każda z takich zmian jest obarczona pewnym ryzykiem niezrozumienia. Tak, jak kierunek, który przeforsował Jan Gehl - wycofywanie ruchu samochodowego z centrum miast.To świetnie sprawdziło się w Kopenhadze, a potem w innych metropoliach. W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nacisk społeczny i medialny na władzę, żeby to robić, był dosyć duży i nadal jest znaczący.

Na przykład?

W Poznaniu był prezydent, który mówił, że poznaniacy nie mają tradycji jeżdżenia na rowerach, co było jedną z głupszych rzeczy, jakie powiedział, a konkurencję miał dużą. Społeczeństwo nie odpuściło, więc miasto zaczęło realizować projekt, tyle że w sposób bardzo powierzchowny. Pracując nad książką "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast" jeździłem do miast, które były kiedyś wojewódzkimi i często słyszałem historie, że pod naciskiem społecznym aktywistów miejskich zamknięto dla ruchu samochodowego fragment miasta, a po miesiącu sklepikarze zaczęli narzekać, że im obroty zmalały. No, ale jeśli się stawia znaki, a nie wprowadza rewitalizacji przestrzeni, to wiadomo, że nikt nie przyjedzie na zakupy.

To brak konsekwencji?

Wprowadzanie zmian po łebkach powoduje, że dzieje się coś odwrotnego od pierwotnego zamierzenia i po pół roku albo roku administracja zyskuje argument, że u nas się nie uda, bo jesteśmy innym krajem. Zostawmy więc tak, jak było, bo było dobrze. Z przestrzenią publiczną mamy zatem nieustające problemy, choć staje się ładniejsza. Chodzi o urbanistykę, to ona kuleje. Smutną prawdą jest to, że PRL z budową osiedli wielkopłytowych ustanowił o wiele lepszy standard urbanistyczny niż ten, który oferują dzisiejsi deweloperzy.

ZOBACZ ZDJĘCIA >>>

Filip Springer, reportażysta, fotograf, autor książek poświęconych przestrzeni, architekturze i funkcjonowaniu miast. Jego publikacje ukazują się też w "Dużym Formacie", "Polityce" i "Tygodniku Powszechnym".

Skomentuj:

Co mówią o nas budynki, które wznosimy? Rozmowa z Filipem Springerem