Za co odpowiada architekt?

Piotr Czaja
27.05.2017 19:33
A A A
Dotleniacz na placu Grzybowskim

Dotleniacz na placu Grzybowskim (Fot.)

Jedną z najprostszych definicji architektury jest ta, w której odwołujemy się do roli architekta jako kreatora przestrzeni. Z pustki lub z przestrzennego chaosu powołuje on do życia budynki, dzielnice lub - w konsekwencji tych procesów - także całe miasta. Ten trochę kosmogoniczny obraz stawia projektanta w roli demiurga, od którego decyzji zależy kształt przestrzeni, w której toczy się nasze życie.

Każdy przywilej związany jest z odpowiedzialnością. Od architekta wymaga się więc, aby jego dzieła były nie tylko piękne, ale także funkcjonalne i aby służyły społeczeństwu. Czy zawsze się to udaje? Modernizm oznaczał nie tylko zerwanie z przesadną ornamentyką oraz nośne hasła głoszące, że forma powinna podążać za funkcją. Nie mniej ważnym aspektem rodzącej się architektury nowoczesnej było przekonanie o społecznej misji architektów. W nowej rzeczywistości mieli oni nie tylko tworzyć piękno, ale także zapewniać społeczeństwu godne i demokratyczne warunki bytowe.

CO POWINIEN ARCHITEKT

Nadszedł jednak rok 1972 i spektakularne wyburzenie amerykańskiego osiedla Pruitt-Igoe uznawane za symboliczny koniec modernizmu. Nowa rzeczywistość wiele z postulatów uznała za obowiązującą normę, ale przyniosła kolejne wyzwania, jak kryzys energetyczny, migracje i zanieczyszczenie środowiska. Od architekta oczekuje się, aby stwarzał ramy do społecznej integracji − dbał o wysoką jakość przestrzeni wspólnych, o efektywność energetyczną, ekologię. Marek Budzyński zaprojektował mający dziś status ikony gmach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, której dach został zamieniony w imponujący ogólnodostępny ogród. Norman Foster wraz z całym zespołem rozpoczął projekt Droneport − systemu modułowych budynków, których strategiczną częścią byłoby lądowisko dla dronów transportujących ładunki i krew ratującą życie osób chorych na malarię, na którą dziś w Afryce umiera rocznie 450 tysięcy ludzi.

PRZESTRZEŃ WSPÓLNA

W centrum zainteresowania znalazła się też przestrzeń społeczna. Oficjalne place z poprzedniego ustroju często były albo betonową pustynią, albo zamieniły się w zaniedbane zieleńce, które mieszkańcy na wszelki wypadek omijali z daleka. Co zrobić z taką przestrzenią? Jednym z takich miejsc był warszawski plac Grzybowski, który mimo długiej i chlubnej historii w latach transformacji zamienił się w dziki parking i wydeptany trawnik. Z miejscem tym postanowiła zmierzyć się artystka Joanna Rajkowska, która wraz z CSW Zamek Ujazdowski zrealizowała tu projekt Dotleniacz. Otoczone mieszanką przedwojennej zabudowy, pozostałościami żydowskiego getta i nową, kapitalistyczną architekturą, miejsce miało integrować i stworzyć coś, co byłoby atrakcyjne dla często skrajnie różnych grup społecznych. Na otwartej przestrzeni placu powstał płytki staw z urządzeniami wytwarzającymi mgłę i ozon. Dookoła pojawiła się roślinność i ławeczki, które prowokowały do zatrzymania się i chociaż chwilowego odpoczynku. Całość została przyjęta wyjątkowo entuzjastycznie, wielu mieszkańców domagało się, by projekt został na stałe. Choć Dotleniacz ostatecznie znikł, to stał się przyczynkiem do rozpoczęcia dyskusji na temat wyglądu przestrzeni publicznej, a sam plac Grzybowski przeszedł dogłębną renowację. Zgodnie z życzeniem mieszkańców pojawił się na nim nowy, bardziej trwały zbiornik wodny, siedziska i mnóstwo zieleni. Jedna wygrana bitwa nie oznacza jednak zwycięstwa w walce o odzyskiwanie przestrzeni zawłaszczonej przez samochody. Wiele z miejskich placów to do dziś parkingi.

W 2016 roku jeden z nich w ramach festiwalu Szalone Dni Muzyki na chwilę stał się prawdziwym placem. Mowa o zazielenieniu placu Teatralnego w Warszawie. Po trzech dniach wszystko jednak wróciło do wcześniejszego stanu, rośliny oraz miejskie meble zniknęły i tylko w pamięci pozostał obraz, jak to miejsce mogłoby wyglądać po zrealizowaniu obiecywanego od kilkunastu lat podziemnego parkingu. Na pograniczu działań architektonicznych, artystycznych i społecznych jest też zrealizowany w 2014 roku przez Ultra Architects projekt termomodernizacji bloku w Poznaniu. Nietypowość działania polegała na zaangażowaniu mieszkańców. Motywem przewodnim było malarstwo Ryszarda Winiarskiego, który w swojej sztuce posługiwał się teorią gier i przypadku. Ostateczny wzór, jaki zdobi balkony odnowionego bloku, powstał w wyniku rzutów kostką wykonanych przez właścicieli mieszkań. Liczba parzysta oznaczała pole czerwone, nieparzysta − białe. Zaangażowanie mieszkańców przyczyniło się do większego utożsamienia się z budynkiem. Przestrzeń niczyja stała się bardziej własna, a efekt finalny zaskoczył. Termomodernizacja zazwyczaj kojarzy się źle, tym razem znalazła się w finałowej dziesiątce konkursu na Bryłę Roku 2014.

SUKCES KONTRA PORAŻKA

O tym, że taka miejscowa akupunktura miasta nie zawsze odnosi spektakularny sukces przekonali się między innymi Grzegorz Drozd i Alicja Łukasiak ze Zmiany Organizacji Ruchu. Projekt był głośny z dwóch powodów. Osiedle Dudziarska, na którym go realizowano, to bloki z lat 90., do których wykwaterowywano sprawiających problemy społeczne mieszkańców lokali komunalnych. Bloki powstały za torami kolejowymi, z bardzo słabym dojazdem do miasta, w oddali mod innych zabudowań, a − żeby lokatorzy nie traktowali nowych mieszkań jak prezentu − były substandardowe i nie miały nawet centralnego ogrzewania. Drugi powód, dla którego projekt stał się znany, to przyznanie się jego pomysłodawców do porażki: My też myśleliśmy, że urządzimy dla mieszkańców ognisko, wyjaśnimy im nasz projekt, że jakoś się zintegrują, nawet przeciwko nam. Nic z tego. Inicjatywa miała zwrócić uwagę na problemy osiedla poprzez sztukę. Na elewacjach bloków powstały gigantyczne obrazy − kopie "Czarnego kwadratu na białym tle" Malewicza i geometrycznych obrazów Pieta Mondriana. Czemu cel nie został osiągnięty? Do malowania obrazów trzeba było zatrudnić kilka ekip. Narracje dotyczące tej historii są dwie. Jedna mówi o tym, że mieszkańcy byli agresywni i przepędzali malarzy. Druga, że to artyści nie chcieli słuchać lokatorów, dla których czarny kwadrat był obraźliwym symbolem czarnej dziury, w której się znaleźli w wyniku różnych życiowych historii.

ZOBACZ ZDJĘCIA >>>

Te budynki będą ratować życie. Norman Foster dla Afryki

Więcej o:
Zobacz także
  • Partner plebiscytu
  • Patronat honorowy
  • Partner