Duchy w katedrze i piwo pod pręgierzem

Beata Maciejewska, gw

Przejdź się nocą po Wrocławiu. Zobacz most zakochanych, błyszczący w świetle gazowych lamp, wieże kościołów odbijające się w Odrze, kilka duchów lubiących występy o północy i gwarny Rynek. W tym mieście nie można spać

Uliczne latarnie to źródło upadku obyczajów - twierdzili nasi przodkowie. Rozpraszając nocne ciemności, wyciągają ludzi z domów i wodzą na manowce. Mieli rację, ale jakie te manowce mogą być przyjemne! Spróbujcie.

Ja najbardziej lubię spacerować w nocy wzdłuż Odry. Zwykle zaczynam przed wejściem do głównego gmachu Politechniki Wrocławskiej, przy Wybrzeżu Wyspiańskiego 27. Jakież gwiazdy tu kiedyś świeciły! W auli uczelni toczyły się w 1948 roku obrady Światowego Kongresy Intelektualistów. Uczestniczyło w nim 400 pisarzy, uczonych, artystów i kompozytorów z 45 krajów, m.in. Irena Joliot-Curie, Brecht, Erenburg i wzbudzający największą sensację Pablo Picasso. Wciąż kłębił się wokół niego tłum łowców autografów. Wprawdzie artysta nudził się śmiertelnie i okazywał więcej zapału do polskiej wyborowej, aniżeli do intelektualnych dysertacji, ale był ogromną atrakcją. Pokazał goły tors (wzbudzając protesty pań), narysował "Dziewczynę polską" (chyba z zemsty, bo brzydka) i zostawił wystawę swojej ceramiki.

Ale co tam chudy tors Picassa, skoro już po krótkiej wędrówce wzdłuż Odry można obejrzeć Wieżę Ciśnień przy ul. Na Grobli. Za przystanią AZS warto zejść na sam brzeg rzeki, wydaje się wtedy, że wieża jest na wyciągnięcie ręki. Bardzo efektownie iluminowana - 124 lampy umieszczono na ścianach budynku, dachach, masztach i na trawniku. Jeśli noc jest pogodna, wieża pięknie odbija się w wodzie. Jej fasadę porównywano do pałacu Wielkich Mistrzów w Malborku albo angielskich wież mieszkalnych. Została uruchomiona w 1871 roku, zbiornik czystej wody i wszystkie maszyny zostały umieszczone w jednym budynku. W całej Europie nie ma drugiego takiego rozwiązania!

Róże dla żony, pokrzywy dla Gomułki

Moja trasa spacerowa wiedzie dalej Wybrzeżem Wyspiańskiego, wzdłuż szpaleru lip, do mostu Grunwaldzkiego. To jeden z symboli miasta - cudo, nie most! Za rok skończy sto lat. Wrocławianie opowiadają sobie, że jeden z konstruktorów nie wytrzymał napięcia związanego z badaniem wytrzymałości mostu i utopił się w Odrze. Do kanonu tutejszych legend przeszła też opowieść o przelocie samolotu pod mostem. Miało się to wydarzyć na początku lat 50. ubiegłego wieku. Ów wyczyn jest przypisywany "Maksymowi", czyli Stanisławowi Maksymowiczowi, który niegdyś należał do krajowej czołówki akrobatów samolotowych. "Maksym" zasłynął z ułańskiej fantazji. W latach 60. na Zlocie Grunwaldzkim miał zrzucić pęk róż z samolotu na trybunę, na której stał Władysław Gomułka. Zrzucił kępę pokrzyw przewiązaną drutem, bo kwiaty zachował dla żony. Była pływaczką i akurat trenowała na basenie, gdy z nieba spadł na nią deszcz różanych płatków.

Do rzucania pokrzywami w I sekretarza KC PZPR "Maksym" się przyznał, o locie pod Grunwaldem nie chce się wypowiadać.

Duchy w katedrze

Z prawej strony mostu roztacza się wspaniała panorama Ostrowa Tumskiego. Po drodze mijam budynek Urzędu Wojewódzkiego, wybudowany wzdłuż łuku Odry, między mostami Grunwaldzkim i Pokoju. To, poza kompleksem Stadionu Olimpijskiego, największa i najważniejsza wrocławska budowla spod znaku swastyki, przeznaczona na siedzibę władz rządowych. Zaczęto ją budować krótko przed wybuchem wojny, według projektu Feliksa Bräulera, a roboty prowadzono jeszcze w 1945 roku. Pompierski styl, ale w świetle lamp zyskuje na lekkości i elegancji. Trzeba zobaczyć.

A potem już można oddać się romantycznym marzeniom na Ostrowie Tumskim. Czas płynie tu wolniej, zgiełk wielkiego miasta ledwo dochodzi, mrok nocy rozpraszają gazowe latarnie zapalane przez latarnika. Jeszcze dwieście lat temu Ostrów Tumski był niewielką wyspą odrzańską, ale w 1824 roku zasypano odnogę rzeki, przecinającą plac Katedralny po jego wschodniej stronie.

Najważniejszą budowlą jest oczywiście gotycka katedra pw. św. Jana Chrzciciela, przez wieki rozbudowywana, czego najpiękniejszym dowodem są barokowe kaplice. Do środka w nocy wejść nie można, ale św. Jana Chrzciciela (patrona miasta) odwiedzić trzeba. Stoi po północnej stronie katedry. Dobre miejsce, żeby pomyśleć o grzesznej miłości, która tutaj znalazła swój tragiczny finał. Mówi się, że w katedrze pokutuje para duchów dawanych kochanków. On, Heinrich, był bratankiem kanonika kapituły katedralnej, niejakiego Rudolfa. I to za jego namową przyjął święcenia kapłańskie. Ale potem serce ciągnęło go do pięknej Elsbeth. Poprosił jej matkę o oddanie mu córki, ale ta oświadczyła, że bez papieskiego zwolnienia ze ślubów kapłańskich musi o niej zapomnieć. W noc po tej rozmowie Heinrichowi przyśnił się dziwny sen - ujrzał dwunastu kanoników niosących trumnę przez główną nawę katedry. Wśród nich kroczył stryj Rudolf, który nagle otworzył wieko trumny. Wówczas Heinrich spostrzegł, że człowiekiem, którego niosą na ostatni spoczynek, jest... on sam.

Zlekceważył jednak to ostrzeżenie i wykradł Elsbeth z jej rodzinnego domu. Kochankowie uciekali do Wrocławia, licząc, że znajdą pomoc u stryja Rudolfa. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli, że świątynia jest jasno oświetlona, a przez nawę sunie orszak z trumną. Ten sam, który Heinrich ujrzał we śnie. Młodzieniec padł jak rażony piorunem, a chwilę później umarła dziewczyna.

Za mostem - czapki z głów

W tym romantycznym nastroju utrzyma nas wędrówka ulicą Katedralną do mostu Tumskiego, zwanego też mostem zakochanych. Kiedyś był granicą, za którą obowiązywała jurysdykcja kościelna. Przedstawiciele władzy świeckiej, z książętami włącznie, byli zobowiązani zdjąć nakrycia głowy z chwilą przekroczenia mostu. Na nim mijali słup graniczny z herbami biskupstwa - żeby nie było wątpliwości kto tu rządzi! Od 1504 roku sąd miejski nie mógł ścigać przestępców poza tę granicę i nawet najbardziej zatwardziały grzesznik miał szansę dostać na wyspie azyl. Tak było aż do roku 1810. Dzisiaj przychodzą tu zakochani i wieszają na moście kłódki. Tak zatrzaśnięta miłość nie ma szans wyrwać się na wolność.

Z mostu Tumskiego jest już blisko do ulicy Grodzkiej, która została wytyczona dwieście lat temu wzdłuż Odry, w miejscu wyburzonych na rozkaz Napoleona murów obronnych.

Po lewej stronie mijamy dawny klasztor norbertanów (dziś tu rezydują filolodzy z prof. Janem Miodkiem na czele) i klasztor krzyżowców z czerwoną gwiazdą (barokowe cudeńko, siedziba Ossolineum, tutaj przechowywany jest rękopis "Pana Tadeusza"), po prawej stronie otwiera się widok na wyspę Słodową. A potem znowu most, jak w Wenecji. Tym razem Uniwersytecki.

Stoi na nim rzeźba Powodzianki - zanurzona w wodzi po pas dziewczyna wynosi zagrożone zalaniem książki. To dzieło Stanisława Wysockiego, odsłonięto je na pamiątkę wielkiej powodzi z 1997 roku, która zalała Wrocław.

Z mostu Uniwersyteckiego jeszcze raz możemy popatrzeć na barokowy gmach główny Uniwersytetu. Mało brakowało, żebyśmy go nie oglądali. Agenci wrocławskiej (i protestanckiej) Rady Miejskiej usiłowali zniweczyć starania jezuitów o otwarcie uczelni, korumpując przy pomocy kosztownych podarunków "grupę sprawującą władzę". Na szczęście fundacja Uniwersytetu była już sprawą przesądzoną i w 1702 roku odbyła się jego uroczysta inauguracja.

Pola Raksa obok Wybickiego

Na placu Uniwersyteckim, przed wejściem do gmachu, stoi oświetlony posąg Szermierza - fontanna wystawiona w 1904 roku. Szermierz świeci przede wszystkim golizną, ale ta nagość ma charakter dydaktyczny. To pokuta rzeźbiarza Hugona Lederera za błędy młodości i przestrogą dla młodszych kolegów-studentów. Pewnego razu Ledererowi, który nad studia przedkładał rozrywki przy zielonym stoliku, karta wyjątkowo nie szła. Wesoły student najpierw pozbył się całej zawartości sakiewki, a w końcu odzieży. Pozostała mu tylko szpada.

Do Rynku możemy pójść ul. Kuźniczą. To jedna z najstarszych ulic Wrocławia, niegdyś opanowana przez mistrzów młota i kowadła, dziś - przez studentów. Po jej lewej stronie, pod numerem 29, stoi secesyjna kamienica, w której przez lata miał swoją siedzibę słynny studencki teatr Kalambur. Swoje artystyczne kariery zaczynali tu m.in. Ewa Dałkowska, Edward Lubaszenko, Anna German i Pola Raksa.

Pod numerem 22 stoi budynek Filologii Angielskiej, który kryje w sobie gotyckie i renesansowe relikty sławnego zajazdu Pod Złotym Berłem. Przeszedł do historii walki z Napoleonem. W1813 roku zatrzymał się tu pruski oficer Adolf von Lutzow, który prowadził w zajeździe biuro werbunkowe do swego słynnego korpusu ochotniczego - Freikorpsu. Barwy mundurowe oddziału Lutzowa - czarne mundury, czerwone wypustki i złote guziki - stały się później barwami republikańskich Niemiec.

Zajazd Pod Złotym Berłem zapisał się także w polskiej historii. Owa słynna gospoda była notowana pod swą nazwą już w 1671 roku. W lipcu 1803 roku zamieszkał tu Józef Wybicki, autor naszego hymnu. "Bo już w tej nowej mojej posesji mieszkam i jestem bardzo dobrze przy moim zdrowiu, bo żaden pedogrzysta, suchotnik i elegant do mnie się pod dach nie wgrzebie" - pisał do żony.

Najpierw pod pręgierz, potem na piwo

Wchodzimy na Rynek. To ikona Wrocławia, wybrana w plebiscycie "Gazety Wyborczej", jeden z najpiękniejszych rynków w Europie i - po krakowskim - największy w Polsce. Jak przed wiekami, bije tu puls miasta. Środek nocy, a na Rynku gwar. Jedni przechodzą z pubu do pubu, inni podziwiają oświetlony ratusz i grupę taneczną, występującą pod pręgierzem. Wrocław nigdy nie zasypia. Najwyżej zwalnia rytm. Pełno tu pubów i restauracji. Za dużo? Ależ jeszcze trzy wieki temu można było przez pół roku pić codziennie w innej karczmie wrocławskie piwo, więc poprzeczka została wysoko ustawiona... Duch miasta hołubi ludzi ceniących zabawę.

Jeśli zdążymy do Rynku przed północą, a mamy ochotę na kolację, warto zajrzeć do "Pod Gryfami" (Rynek 2). Największa kamienica w Rynku, symbol bogactwa jego mieszkańców, ma wspaniałe piwnice i dobrą kuchnię.

Kto woli odpocząć przy kuflu piwa, musi odwiedzić Piwnicę Świdnicką, najsłynniejszą i najstarszą piwiarnię wrocławską. Podawano tu kiedyś znakomite, czarne piwo świdnickie, które stało się nawet przyczyną wojny. Jest czynna od początku XIV wieku, wrocławianie opijali tu każdy interes. "Kto nie był w Piwnicy Świdnickiej, ten nie był we Wrocławiu" - głosi stare porzekadło.

Gdyby tych kufli było zbyt dużo, polecam spacerek pod pobliski pręgierz. Tu zwykle trafiali wrocławscy grzesznicy, mąciciele porządku publicznego i siewcy zgorszenia. Krótka pokuta pozwoli z czystym sumieniem bawić się do białego rana.



    Więcej o:

Skomentuj:

Duchy w katedrze i piwo pod pręgierzem