Pracowałem u mistrza Koolhaasa [WYWIAD]

tomasz sachanowicz

'Ciężko mi stwierdzić, co to jest właściwie ?ścieżka OMY?. Szczerze mówiąc, nie wiem. Większe znaczenie ma dla mnie pewnego rodzaju pracowitość i wnikliwość penetrowania danych tematów, czy projektów przy których się pracuje.' mówi Michał Gdak, który spędził w OMA dwa lata.

Michał Gdak
Michał Gdak
fot. dzięki uprzejmości Michała Gdaka

Rem Koolhaas jest prawdopodobnie najbardziej wpływowym spośród czołówki światowych architektów. Jego wpływ utwierdzają liczne zrealizowane projekty na całym świecie, jeszcze liczniejsze niezrealizowane oraz głośne, inspirujące publikacje (między innymi 'Delirious New York', 'S,M,L,XL', 'Content'). Siłą rzeczy Koolhaas jest mentorem dla licznych młodych adeptów architektury w swoim rotterdamskim biurze Office for Metropolitan Architecture (OMA), gdzie jak ostatnio przeczytałem, „płaca jest S a presja XL”. Jednak jego podopieczni mają okazję otrzymać coś więcej niż pieniądze. Michał Gdak, który spędził w OMA dwa lata opowiada co to takiego.

Krajobraz biurowy w OMA RotterdamKrajobraz biurowy w OMA Rotterdam, fot. Michał Gdak

Tomasz Sachanowicz: Jak trafiłeś do OMA?

Michał Gdak: To była trochę długa droga. Zaczynałem studia we Wrocławiu na Politechnice, na Wydziale Architektury i wyjechałem po drugim roku na Erasmusa, na wymianę studencką do Danii, tam zdecydowałem się kontynuować szkołę duńską, gdzie miałem możliwość wyjechania na praktyki w ramach programu Leonardo - praktyki w krajach Unii Europejskiej. W tym czasie dostałem się też na studia magisterskie w Delft, więc postanowiłem, że zanim zacznę te studia od września, trzy miesiące wcześniej, czyli czerwiec, lipiec, sierpień zrobię praktyki. To był czas na rozeznanie się w tym środowisku i znalezienie mieszkania. Wysłałem do kilku biur podania o przyjęcie na praktykę i głównym biurem, które mnie od razu zaprosiło na rozmowę kwalifikacyjną było OMA. Pojechałem na spotkanie i dostałem tą pracę.

Pracowałem tam w latach 2004-2006 - to już jakiś czas temu. Najpierw byłem na 3-miesięcznej praktyce przez wakacje, a później podczas studiów w Delft równocześnie pracowałem w biurze Koolhaasa. Zebrało się to na okres 2 lat. Słyszałem, że od tamtego czasu dużo się zmieniło, było trochę rewolucji organizacyjnej. Nie wiem jak to teraz wygląda. Mogę powiedzieć jak było wówczas.

Na jakich zasadach działa pracownia?

- Dla mnie to był bardzo duży kontrast. Przede wszystkim porównując to, co się dzieje na studiach w Polsce. Tak naprawdę to było pierwsze biuro, gdzie w ogóle pracowałem. Struktura biura nie jest aż taka bardzo hierarchiczna. To też jest ważne, ponieważ jest tam praca grupowa. Do każdej grupy przydzielony jest lider projektu i w grupie jest się równorzędnym.

Jak duże są te grupy?

- Różnie, w zależności od projektu, ale przede wszystkim w zależności od etapu, w którym projekt się znajduje. Jeżeli jest to etap koncepcyjny, na początku jest kilka osób, a w momencie, kiedy jest bliżej prezentacji, bliżej oddania, to grupy wzrastają do około kilkunastu osób w grupie. Wtedy liczy się już sama produkcja, by przygotować właściwą prezentację. Zazwyczaj w fazie koncepcyjnej jest około 4-6 osób - w zależności jak duży jest projekt i jak poważny jest klient i od możliwości realizacji.

Czy zaangażowanie Rema Koolhaasa w projekty uzależnione jest też od ich wielkości i prestiżu ?

- Jeśli chodzi o zaangażowanie to w tym okresie, kiedy ja byłem to starał się orientować we wszystkich projektach na bieżąco. Rem bardzo dużo podróżuje, więc w biurze go nie ma za często. Jak się pojawia to rzeczywiście są intensywne spotkania, nie za długie, przedstawiające mu ostatnie zmiany i kierunek. Od razu też daje odpowiedź/feedback, w którą stronę ma to iść dalej. Zawsze chciał być zorientowany w projekcie i trzymać rękę na pulsie, wówczas do hoteli w których się zatrzymywał trzeba było przynajmniej co drugi dzień wysyłać sprawozdanie z postępu projektu w postaci faksu. Pod koniec mojej pracy w OMA, po tych dwóch latach zaczynał już używać maila, dzięki czemu miał szybszy dostęp do informacji. Natomiast wcześniej ważne było przygotowywanie pakietu na faks. Podejrzewam, że teraz się już całkiem przerzucił na komputer.

Rem Koolhaas prowadzi spotkanie projektowe w OMA Rem Koolhaas prowadzi naradę projektową w OMA, fot. Michał Gdak

Czyli on działa tak, że wpada do pracowni, jest zorientowany na bieżąco w projektach i po prostu pcha je w którąś stronę, czy podejmuje jakieś kluczowe decyzje, w jakim kierunku ma to iść ...

- Ma też zaufanych w jakimś stopniu liderów projektów, to również jest ważne. Zawsze się orientował tak naprawdę, w którym kierunku projekt zmierza, także to było pozytywne.

Słyszałem, że tam pomysły - nieważne od kogo pochodzą - czy to doświadczony architekt, czy student na praktyce - jeżeli pomysł jest dobry,  jest aplikowany.

- Tak, to jest prawda. Nie liczy się od kogo pomysł wyszedł, tylko jeżeli jest dobry, to jest kontynuowany. Jest otwartość, jeśli chodzi o możliwości.

Jaka jest atmosfera w biurze?

- Przede wszystkim przez to, że spędza się tam większość czasu, czyli od rana do nocy, czasem wręcz całe noce, to przebywasz z tymi samymi ludźmi. Wychodząc z biura nadal jesteś w tym samym środowisku architektów i bardzo się z nimi zżywasz, są to kontakty, które zostają na lata. Atmosfera jest bardzo luźna, no chyba, że ktoś nie umie pracować w grupie, to wtedy rzeczywiście mogą być jakieś zgrzyty, ale generalnie w momencie jak ludzie przebywają ze sobą niemalże 24 godziny na dobę to muszą się dotrzeć, więc atmosfera jest dosyć dobra. Przynajmniej ja mam świetne wspomnienia z pracy z ludźmi w OMA.

Czy doświadczenie, które zdobyłeś w OMA wykorzystujesz w swojej pracy teraz?

- W momencie, kiedy pracujesz dłużej w jakimś biurze i tak naprawdę żyjesz procesem w jaki biuro działa, to na pewno to zostaje. To, co przede wszystkim uderzyło mnie pozytywnie, jeśli chodzi o pracę biura to jest bardzo duża ilość pracy na makietach, na obiektach przestrzennych. Nie tylko rysowania samego w komputerze w 3D, ale przede wszystkim makiety w małej skali, sprawdzanie różnego rodzaju możliwości w kontekście danej działki czy konkretnego terenu. Przede wszystkim to małe makiety z charakterystycznej niebieskiej pianki - styroduru - to była podstawa. Kiedy wyjeżdżałem z Holandii, biuro zaczynało zaopatrywać się we wszelkiego rodzaju laserowe wycinarki, drukarki 3D. Modelowanie przechodziło z fazy typowo ręcznej w fazę bardziej zmechanizowaną, więc to ewoluuje i się zmienia.

Makieta do projektu Dubai RenaissancePiankowa makieta Dubaju do projektu Dubai Renaissance, fot. Michał Gdak

To doświadczenie z dwóch lat pracy w OMA na pewno mi bardzo dużo dało. Przede wszystkim sposoby opracowywania plansz, grafiki, przekazywania informacji, techniki sprzedaży projektu. Istotne jest nie tylko zrealizowanie projektu, ale zaprezentowanie go w odpowiedni sposób. No i przede wszystkim praca na makietach. Jak studiowałem we Wrocławiu, to robiłem czasem szybkie, robocze makiety, ale to nie był główny element, który się powinno zrealizować w czasie studiów, to był zawsze jakiś element ponadprogramowy. Natomiast tam to była rzeczywiście podstawa i nadal próbuję to wykorzystywać, w swojej pracy. Niestety realia w Polsce są takie, że często brakuje czasu i finansów na wnikliwą pracę z makietami, ale mimo wszystko uważam, że to jest bardzo dobry wyznacznik, żeby jednak robić takie porównywanie form w odpowiedniej skali fizycznej, nie tylko na komputerze.

Czy miałeś styczność z samym Koolhaasem? Czy był czas na jakieś pogadanie z nim, czy tylko przy okazji projektów?

- Nie, właściwie to tylko przy okazji projektów. Tak jak mówiłem, co jakiś czas były spotkania całej grupy z Remem, i tak naprawdę każdy mógł przedstawić swój punkt widzenia odnośnie danego projektu. A jeśli chodzi o spotkania bardziej prywatne, to właściwie na nich się Koolhaas nie pojawia, tym bardziej, że nie ma czasu, ponieważ on jest zawsze rozchwytywany i bardzo dużo podróżuje. Jeśli pojawia się w biurze to stara się bardziej skupić na projektowaniu, a właściwie na konsultacji projektów. W zasadzie sam nie projektuje, tylko bardziej wyznacza kierunek, w którym dany projekt powinien dążyć.

Myślę, że to, co jest warte podkreślenia, to pierwsza faza projektowania, która sprowadza się często do bardzo szerokich analiz kontekstu miejsca, ale przede wszystkim kontekstu społecznego - jak ludzie się zachowują w danej przestrzeni. Dla mnie to była nowość, jeśli chodzi o takie projektowanie, bo na uczelni w Polsce nacisk był głównie na bryłę, na poprawne rozwiązanie konstrukcji, na metraż. Natomiast tam, nagle pojawiło się totalnie inne myślenie, że forma ma wynikać dosłownie z funkcji, ale podyktowanej tym, żeby było to funkcjonalne DLA LUDZI.

Różne projekty wychodzą z OMA, ale powiedzmy tego typu myślenie jest w pierwszej fazie dosyć znaczące.

Ja głównie pracowałem w koncepcjach, czyli w tych pierwszych fazach projektu. To były relatywnie krótkie okresy - 3 miesiące byłem w jednym projekcie i przechodziłem do kolejnego. Nie brałem udziału w kolejnych etapach, kiedy projekt już został zatwierdzony i przechodził do fazy budowlanej i wykonawczej.

Czyli są inne zespoły do pracy koncepcyjnej i inne, które opracowują kolejne fazy?

- Tak. Często sprowadza się do tego, że koncepcje są wykonywane przez jeden zespół, natomiast etap budowlany przez kolejny. Grupy projektowe są wymieszane, po części z tych pracowników, którzy pracowali nad koncepcją, specjalistów w danej dziedzinie oraz z danego kraju, gdzie jest lokalizacja projektu. Najczęściej projekty wykonawcze nie są robione w Rotterdamie, to są projekty rozproszone po całym świecie, więc grupy są też złożone z innych biur projektowych, które współpracują z OMĄ realizując dany budynek.

Ja byłem w biurze akurat w czasie otwarcia Casa da Musica w Porto. Wówczas całe biuro pojechało na otwarcie tego obiektu. Wcześniej nad tym projektem pracował cały team Portugalczyków na miejscu w Porto. W mojej grupie był jeden architekt, który pracował przy tym projekcie w Porto i później, po skończeniu pewnego etapu przyjechał do Rotterdamu, żeby zobaczyć jak właściwie OMA funkcjonuje od środka.

Casa da Musica, Porto, OMA, fot. Tomasz SachanowiczCasa da Musica, Porto, OMA, fot. Tomasz Sachanowicz

Biuro funkcjonuje tak, że ma szereg firm współpracujących. Jeżeli chodzi o konstrukcje, jest to głównie ARUP z Londynu. Ci inżynierowie przyjeżdżają tylko na konsultacje do Rotterdamu. Nie ma stricte grup projektowo - wykonawczych w Rotterdamie, przynajmniej wtedy nie było. W czasie kiedy ja byłem w Holandii było realizowane CCTV w Pekinie i około 1/5 biura to rzeczywiście były osoby stricte tylko robiące projekt wykonawczy. Wtedy jeszcze nie istniała taka silna grupa OMA w Azji. Teraz już tam mają kilka oddziałów.

W czasie, jak tam pracowałeś oddzieliła się OMA Nowy Jork. Joshua Prince Ramus przejął amerykańskie projekty OMA wraz z nowojorską ekipą biura i postanowił dokończyć je pod nazwą REX  NY.

- Tak właśnie OMA NY oddzieliło się, jako osobne biuro i wtedy właśnie Nowy Jork przejął Shohei Shigematsu, z którym też pracowałem przy niektórych projektach. Przeniósł się do Nowego Jorku zabierając część sprawdzonego zespołu.

Jak myślisz, dlaczego tak wielu architektów podąża ścieżką wyznaczoną przez OMA? Czy jest to kwestia nasiąknięcia kulturą pracy w OMA i kontynuacji jej już w swojej pracowni?

- Wydaje mi się, że przede wszystkim jest to uwarunkowane nie kulturą samej pracy, ale bardziej ambicją danych osób. Po pierwsze te osoby musiały być na tyle zdolne, żeby się dostać do pracy w takim biurze, a później przetrwać dłuższy okres. Nie ukrywajmy, że praca w OMA to nie jest tylko 8 godzin dziennie spędzonych w biurze, ale często jest to 16 godzin, nie mówiąc o okresach, gdzie tak naprawdę wręcz się śpi w biurze, a właściwie nie sypia w ogóle (śmiech). Myślę, że to jest podyktowane ambicją osób i ich pracowitością, a nie szablonem, że coś powinno być zrobione w ten, a nie inny sposób.

Ciężko mi stwierdzić, co to jest właściwie „ścieżka OMY”. Szczerze mówiąc, nie wiem. Większe znaczenie ma dla mnie pewnego rodzaju pracowitość i wnikliwość penetrowania danych tematów, czy projektów przy których się pracuje. Wszystkie osoby, z którymi pracowałem w OMA, może oprócz dwóch czy trzech, odeszły po kilku latach, żeby założyć swoją działalność, swoją pracownię. W okresie, w którym ja tam byłem nie było w biurze żadnych Polaków, przede mną też podobno nie było. Samych Holendrów w biurze jest niewielu. Ci znajomi, których ścieżkę kariery obserwuję to jest mieszanka międzynarodowa. Sporo z tych osób, które już nie pracują w OMA zostało w Rotterdamie lub Amsterdamie i tam założyli swoje pracownie i realizują swoje projekty, lub też wykładają na TU Delft, lub w Berlage Institute. To idzie w różnych kierunkach.

Czytaj więcej o "prawie OMA" na blogu Tomka Sachanowicza: www.architektura-w-szczecinie.blogspot.com

Michał Gdak w OMAfot. dzięki uprzejmości Michała Gdaka

Michał Gdak (1980) architekt (GDAK) / projektant/ nauczyciel akademicki/

Studiował architekturę na Politechnice Wrocławskiej, Vitus Bering University College w Danii oraz w Delft University of Technology w Holandii. Studiował też rzeźbę na ASP we Wrocławiu oraz na Politechnice w Walencji.

W latach 2004-2006 najpierw odbył 3-miesięczną praktykę, a potem pracował w OMA równolegle ze studiami na TU Delft. Brał udział w projektach adaptacji starych budynków Ermitażu w Petersburgu na nowe galerie, masterplanu w Moskwie, Dubai Renaissance oraz Business Bay & Dubailand w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Shenzhen Stock Exchange w Chinach, Gazprom Headquarter w Petersburgu oraz La Defence Projet Phare w Paryżu.

Prowadzi własną działalność projektową, pracuje w Pracowni Przestrzeni Publicznej Instytutu Designu w Kielcach oraz uczy wzornictwa w Instytucie Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Skomentuj:

Pracowałem u mistrza Koolhaasa [WYWIAD]