Mała skrzynka, która zmieniła miasto [WYWIAD]

Rozmawia: Agnieszka Jęksa

Za pomocą małej białej skrzynki w centrum miasta zmieniła życie kilkunastu osób i mimochodem wywołała ogólnopolską dyskusję o wykluczeniu w przestrzeni publicznej. Rozmowa z Eugenią Wasylczenko, pomysłodawczynią projektu "Domni - Bezdomni", absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w W-wie na Wydziale Sztuki Mediów

Skrzynka na Placu Dąbrowskiego w Warszawie
Skrzynka na Placu Dąbrowskiego w Warszawie
fot. E. Wasylczenko

Spotykamy się przy białej skrzynce na Pl. Dąbrowskiego w Warszawie. Jest w niej dwanaście zamykanych na kłódkę szuflad. Marek, Mirek, Robert - każda z nich ma swojego właściciela, który wpisuje markerem swoją listę potrzeb. Słodycze, dezodorant, namiot.

Agnieszka Jęksa: Kto zapełnia te szuflady?

Eugenia Wasylczenko: Przychodzę tu co najmniej raz dziennie i widzę, że zakupy wrzucają tu często ludzie wracający z lunchów. Ale częściej to zwykli śmiertelnicy, taka niższa klasa średnia. Dużo młodych ludzi, ale też starsi mieszkańcy na spacerach z psami. Trochę dziwi mnie, że projekt jest przyjęty tak dobrze akurat w Polsce - Polacy mają o sobie nawzajem bardzo negatywne zdanie.

Dlaczego bezdomność?

- Pewnego razu, podczas wakacji we Włoszech, nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu. Spędziliśmy więc z chłopakiem noc na ulicach Bolonii. To było bardzo mocne doświadczenie, które sprawiło, że czułam się potem bardzo dziwnie, nieswojo, jakbym przestała należeć do jakiegoś wygodnego, bezpiecznego świata. To było jednorazowe zdarzenie, ale pomyślałam sobie wtedy, co muszą czuć ludzie na stałe wykluczeni z normalności.

Dlaczego takich wrażliwych projektów jest garstka?

- Łatwiej jest zaproponować wykładowcy fajny obiekt do muzeum pt. "Stań przy mnie i popatrz". Mniej ryzyka, mniej odpowiedzialności.

A tymczasem zalała Cię fala e-maili z propozycjami z całej Polski.

- Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie odpisywać na bieżąco. Chcę poprawić prototyp z pl. Dąbrowskiego i wtedy zacząć działać w całej Polsce. Wiem, że znajdę wsparcie wśród ludzi - czuję, że ma poparcie społeczne. Jeżeli oddelegować proces kilku osobom, to postawienie takiej skrzynki zajmie dużo mniej czasu niż mi w pojedynkę. Planuję zbiórkę funduszy wśród tych, którzy chcą umieścić skrzynkę w swoim mieście.

Kto się zgłasza po taką skrzynkę?

- Mieszkańcy dużych miast - Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, ale nie tylko - nieśmiałe pytania przychodzą też z Kielc, Chorzowa, Rzeszowa. Sama pochodzę z małego miasta w górach. Tam problem bezdomności istnieje w innej formie - nie ma tej wykluczającej, wielkomiejskiej anonimowości. Potrzebujący szybciej znaleźliby tam pomoc, pracę, chwilową opiekę, łatwiej byłoby im stanąć na nogi. W mniejszej społeczności zostaliby zauważeni, ich bezdomność nie byłaby postępującym procesem, jak w dużym mieście. Ok, są tam bezdomni alkoholicy, ale nie ma zagubionych, ciekawych ludzi, jak w tym projekcie. Ci są zmobilizowani, chcą pracować, dbają o siebie.

Fot. aszFot. asz - Artystka z uczestnikami projektu

W projekcie nie ma kobiet.

- Te, z którymi rozmawiałam, nie chciały wziąć w nim udziału. Słuchały i często mówiły krótkie "nie", niektóre były już w głębokim stadium alkoholizmu. Na ulicy jest dużo mniej kobiet niż mężczyzn, podobno łatwiej im sobie poradzić. Teraz do projektu weszła para, dziewczyna ma za chwilę rodzić, więc bardzo cieszę się, że mam szansę im pomóc. Już teraz udało się skontaktować z osobami, które oferują rzeczy potrzebne młodym rodzicom, będą ubranka i niezbędny sprzęt.

Czy bezdomni, z którymi masz kontakt, pracują?

- Czasami, ale samo znalezienie pracy będąc osobą bezdomną to wyczyn, potem pojawiają się kolejne komplikacje, na przykład bardzo często nie dostaje się wypłaty. Bezdomni w większości wypadków pracują na czarno, nie mają więc żadnych narzędzi ochrony ani pomocy prawnej. Przez ten projekt chcę pomóc znaleźć im pracę - nagram każdego z nich i zapytam "Chcesz pracować? Jakie prace wykonujesz?". Potencjalnemu pracodawcy trudniej będzie oszukać kogoś, kto publicznie bierze udział w takiej akcji.

Na placu pojawiają się użytkownicy szuflad, wyjmują podarunki, częstują słodyczami ze swoich szuflad.

Czy ten projekt ma dla Was sens?

Pan Robert: To projekt dla uczciwych! A bywa różnie. Do mojej szuflady raz się włamali z siekierą, ale naprawiłem ją sobie.

Pan Mirek: To i tak pierwszy projekt, który uwzględnia prawdziwe i indywidualne potrzeby bezdomnych, a nie to, co się wydaje, że jest nam potrzebne.

Przed wojną bezdomni mieli swoje osiedle, swoje prycze, to wszystko było zindywidualizowane. Dzisiaj dla bezdomnych są noclegownie. Nie byłem w więzieniu, ale koledzy mówią, że woleliby już więzienie! To, że jestem bezdomny, nie znaczy, że jestem Untermenschem. W kościołach można zjeść posiłek, jest też rozdawnictwo ciuchów i towarów, ale co ja zrobię z masłem, skoro nie mam lodówki? Gdzie ugotuję ryż, jeśli nie mam kuchni?

To czego Pan potrzebuje?

Pan Mirek: Bezdomnemu potrzebny jest przede wszystkim dom. Taki ocieplany. Jedną zimę przeżyłem w fińskim domku kempingowym. Spałem też na dworcach kolejowych, na lotnisku Chopina, pod gołym niebem w śpiworze, ale podczas zeszłorocznej pielgrzymki śpiwór przemókł, zagotował się w podróży i po nim. Od dłuższego czasu śpię w piwnicy. Starczyłoby mi 12 metrów. Z kuchnią albo bez.

Eugenia Wasylczenko: Razem z moją przyjaciółką, Zuzią Jarzyńską, która pomagała mi w zaprojektowaniu instalacji, spotkałyśmy się ze studentami Politechniki Warszawskiej, żeby zaprojektować podstawowe schronienie dla jednego z bezdomnych. Pan Andrzej śpi na działce pod gołym niebem, ciągle moknie, ciągle się suszy. Kiedy przychodzi co do czego i słyszę o tym, że kiedy bezdomni opuszczają pl. Dąbrowskiego, żeby w nocy moknąć w chaszczach albo że o 5 rano muszą opuszczać klatki schodowe, to bardzo mnie to przytłacza. Przestrzeń publiczna jest wroga, dzielą ją niewidzialne granice. Przebywa się w tych samych miejscach, ale w kompletnie różnych światach.

Pan Mirek: Miasto pięknieje, owszem .Ale przestrzeń jest przyjazna wtedy, kiedy jest dostępna dla wszystkich, kiedy są np. imprezy w plenerze. Nad Wisłą w latach 60-tych były pływające baseny, płaciło się tam symboliczną sumę, albo i nic, każdy mógł wejść. Takich miejsc brakuje.

A czy skrzynka może stać spokojnie w tej przestrzeni?

- Czekałam na tagi, graffiti, a tymczasem skrzynka stoi nietknięta od ponad dwóch tygodni, nie licząc tego jednego włamania. Bardzo mnie to cieszy, to może znaczyć, że pozytywny projekt budzi pewien respekt.

Zarząd Terenów Miejskich, odpowiedzialny za teren pl.Dąbrowskiego, pozwolił na przedłużenie umowy na skrzynkę o kolejne trzy miesiące.

Skomentuj:

Mała skrzynka, która zmieniła miasto [WYWIAD]