Dlaczego Warszawa nie ma wielkomiejskiego centrum? [FELIETON]

Jerzy S. Majewski, warszawa.gazeta.pl

Na to pytanie stara się odpowiedzieć historyk sztuki i dziennikarz Gazety Stołecznej, Jerzy Majewski. Zgadzacie się z tym zdaniem?

17.05.2012 WARSZAWA , ULICA CHALBINSKIEGO . WIDOK Z ORCO TOWER . FOT.PRZEMEK WIERZCHOWSKI / AGENCJA GAZETA SLOWA KLUCZOWE: PANORAMA WIDOK ZLOTA APARTAMENTOWIEC ORCO TOWER
Centrum Warszawy
Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Zamiast skupiać się na świadomym tworzeniu wielkomiejskiego centrum, władze miasta pozwalają na rozlewanie się zabudowy po kapuścianych polach Szczęśliwic, łąkach wilanowskich czy laskach Białołęki. Bo tak jest łatwiej. Nie trzeba podejmować decyzji w sprawach roszczeń

Wiosną minie dwadzieścia lat od otwarcia hotelu Mercure u zbiegu Jana Pawła II i Grzybowskiej. Zakończyła się jego rozbiórka. Nie żal go. To nie był piękny budynek. Raczej szpetny, zbudowany tanio i szybko. Żelbetowa kostka obłożona lusterkami ze szklanej ściany osłonowej. Zapewne planowany w tym miejscu 150-metrowy wieżowiec projektu pracowni APA Kuryłowicz & Associates będzie bardziej wartościowy architektonicznie.

Jednak gdy mijam miejsce po zburzonym hotelu, trudno uciec od przykrej refleksji na temat straconych złudzeń i zawiedzionych nadziei. Kiedy bowiem otwierano hotel Mercure, to właśnie przy tej ulicy zaczął się boom budowlany. Wtedy też fotografowałem Grzybowską, stojąc tuż przed narożnikiem z Wronią. Dopiero trwała budowa wieżowca Pekao SA. Na fotografii ulica sprawiała wrażenie fragmentu jakiejś chaotycznej metropolii w rodzaju Maputo w Mozambiku czy Lagos w Nigerii.

Chaos, puste place, brak konsekwencji

Z biegiem lat śródmiejska część Grzybowskiej, od Jana Pawła II po Królewską, została zabudowana i jest to jedyny kawałek ulicy w centrum Warszawy, jaki powstał w III RP. Może się podobać lub nie, ale jest. Tymczasem wolski odcinek ulicy - pomimo zbudowania hotelu Hilton czy wieżowca u zbiegu z Żelazną - nadal sprawia wrażenie ulicy w Maputo. Chaos, puste place, brak konsekwencji.

Kiedy w 1993 r. po raz pierwszy wchodziłem do hotelu Mercury, miałem nadzieję, że stoimy u progu wielkich zmian. Że w przyszłości powstanie w tym miejscu konsekwentnie zabudowane, dobrze urządzone miasto. Niestety, złudzenia prysły jak bańka mydlana. Tego miasta wciąż tu nie ma. Mamy jedynie wyspy w rodzaju zabudowanej przez Skanską pierzei Jana Pawła II, czy skrzyżowania Żelaznej z Sienną (jedynego w centrum Warszawy, które ma cztery nowe budynki plombujące szczerby w narożnikach).

Ul. Grzybowska w 1993 r. Widok od skrzyżowania z Wronią. Trwa budowa wieżowca PekaoUl. Grzybowska w 1993 r. Widok od skrzyżowania z Wronią. Trwa budowa wieżowca Pekao (Fot. Jerzy S. Majewski)

Poza tymi wyspami całe obszary pomiędzy Al. Jerozolimskimi a al. Jana Pała II, al. Solidarności i Towarową straszą pustką. Dlaczego? Bo tu trzeba zbudować miasto praktycznie na nowo. Nie zrobią tego jednak prywatni inwestorzy. Do tego konieczna jest polityka urbanistyczna miasta. A tej nie było, nie ma i pewnie długo nie będzie. Najlepszym dowodem jest wyrzucenie do kosza uchwalonych już planów zagospodarowania ścisłego centrum Warszawy, zaraz po objęciu urzędu przez prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz w 2006 r. Ale i wcześniej nie było lepiej.

A może wina tkwi w nas samych?

W rezultacie od 20 lat, zamiast skupiać się na świadomym tworzeniu wielkomiejskiego centrum, władze miasta pozwalają na rozlewanie się zabudowy po kapuścianych polach Szczęśliwic, łąkach wilanowskich czy laskach Białołęki. Tak jest łatwiej. Nie trzeba tworzyć planów miejscowych, zachęcać inwestorów do budowania w miejscach ważnych z punktu widzenia interesów miasta. Przy takiej polityce nie trzeba też podejmować decyzji w sprawach roszczeń, odszkodowań, urządzać przestrzeni miejskich. Właściwie nic nie trzeba.

Dwadzieścia trzy lata po powstaniu III RP mogliśmy mieć uporządkowany kawałek nowego centrum. Zamiast tego Warszawa zamienia się w monstrualny, zdezurbanizowany kleks, coraz bardziej rozlewający się na przedmieścia. Patrzę na pustkę w miejscu hotelu Mercure i tak sobie myślę: a może wina tkwi w nas samych? Może centrum wcale nie chcemy, bo jako społeczeństwo o korzeniach szlachecko-chłopskich, wychowane po wojnie w blokowiskach, tradycyjnego miasta do niczego nie potrzebujemy?

Tekst pochodzi z Gazety Stołecznej.

Skomentuj:

Dlaczego Warszawa nie ma wielkomiejskiego centrum? [FELIETON]