Weneckie Biennale - quo vadis?

Radeo

Jak co dwa lata architektoniczny świat spotkał się w Wenecji na największej i najważniejszej wystawie architektury. Jak zawsze Biennale z jednej strony podsumowywało minione dwa lata a z drugiej chciało wyjść w przyszłość. Jednak coraz wyraźniej zdaje się zarysowywać pytanie dla kogo tak naprawdę jest Biennale - dla profesjonalistów: architektów, urbanistów, krytyków i dziennikarzy architektonicznych, czy jednak z każdą edycją bardziej dla publiczności masowej?

Lotus Venice Biennale 2008
Lotus Venice Biennale 2008
corbis

 

 

Przed sześcioma laty wystawa "Metamorph", przygotowana z wielkim rozmachem (gigantyczne podesty pod makiety wykonane według projektu Asymptote, ekspozycja "Cities on Water" umieszczona na ogromnej barce zacumowanej w Arsenale) stawiała kluczowe pytania i pokazywała niesłychanie odważne rozwiązania na temat dynamicznych przemian formy architektonicznej. Architekci i studenci byli zachwyceni, inni zwiedzający musieli się zadowolić oglądaniem przedziwnych makiet zapełniających setki metrów Corderii.

 

 

Wejście na główną część ekspozycji, Biennale 2004, fot. R. Gajda

 

Dwa lata później, 10. Międzynarodowa Wystawa Architektury odbywała się pod hasłem "Cities - architecture and society". Stanowiło to odzwierciedlenie istniejących w społeczeństwach zachodnich od jakiegoś już czasu, a w Polsce dopiero raczkujących tendencji do włączania społeczności lokalnych w proces projektowy. Główna wystawa skupiała się na aspektach społecznych architektury i (tym bardziej) urbanistyki. Poszczególne wystawy krajowe prezentowały własne sposoby na radzenie sobie z powszechnymi miejskimi problemami (chociaż nie zawsze miasta, których sytuację analizowano znajdowały się w kraju, który analizował). Polski pawilon wzbudził w kraju kontrowersje prowokacyjnym przeszklonym pasażem łączącym ponad ulicami tereny zielone stolicy.

 

 

Biennale 2006 - "Cities - architecture and society", fot. R. Gajda

 


Instalacja Franka Gehry na Biennale 2008, fot. R. Gajda

 

Wystawa sprzed dwóch lat zbiegła się w czasie z wielkimi bankructwami amerykańskich banków hipotecznych: Fanny Mae, Lehman Brothers; AIG stanął na krawędzi przepaści, a cały świat wstrzymał oddech oczekując największego kryzysu gospodarczego w dziejach. Na tym tle apokaliptyczne wizje "Architecture beyond building" z rewelacyjną, nagrodzoną Złotym Lwem, instalacją "Hotel Polonia" pod kierunkiem Grzegorza Piątka i Jarosława Trybusia na czele zdawały się wpisywać w ponury obraz przyszłości - świata, który nie będzie w stanie podnieść się z ekonomicznego ciosu. Część krytyki wieściła porażkę Biennale, które nie potrafiło odpowiedzieć na zadany temat. Jednak w tym przypadku brak odpowiedzi być może był właśnie odpowiedzią - być może architektura, pomimo rozwoju technologii wciąż organicznie związana jest z budownictwem i budowaniem.

 

 

Tym niemniej w oczy rzucała się większa otwartość pawilonów na szerszą publiczność. Były one dalej od głębokich architektonicznych analiz, a bliżej konceptualistycznych dzieł sztuki, które można interpretować na wiele sposobów (najczęściej pesymistycznie).

 

 

"Emergency Exit" - ekspozycja w Pawilonie Polskim 2010, fot. R. Gajda

 

 

"People meet in Architecture" z tego roku miało być optymistycznym spojrzeniem na świat, zaprzeczeniem smutnej wizji upadku architektury sprzed dwóch lat. Jednak, jak zauważyła Ewa Przestaszewska - Porębska na łamach "Architektury-murator" tytułowe spotkanie w architekturze stało się spotkaniem z samym sobą. Kryzys światowej architektury, który miał być przezwyciężony wesołym i banalnym wezwaniem do spotkań w architekturze (najlepiej projektu SANAA, która kocha słońce, i zdaje jej się, że słońce także kocha ją) objawił się niestety także na tym Biennale.

 

 

"Enjoy the view" - rzeźba z przepuszczającego światło betonu, 2010, fot. R. Gajda



Villa Savoye i MacDonalds - dwie ikony architektury, fot. R. Gajda, 2010

 

Nie ulega jednak wątpliwości, że liczne szkolne wycieczki, które masowo zwiedzają tereny wystawy są zachwycone chodzeniem w chmurach (instalacja "Cloudscapes", która dla wielu pozostanie najwyraźniejszym, choć "mglistym" wspomnieniem z Biennale 2010) czy zaglądaniem do japońskiego domku przez dziurę w podłodze. I być może to jest najważniejszy aspekt weneckiego pokazu - otwarcie organizatorów wystawy na szeroką, masową publiczność, dla której spotkanie z architekturą zwykle ograniczało się do codziennego korzystania z budynków. Może poetycki wydźwięk niektórych instalacji zachęci licealistów do zagłębienia się w teorię architektury. Może wreszcie jest tak, jak mówi prof. Jadwiga Roguska z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej - każda epoka ma swoją fazę wczesną-synkretyczną, dojrzałą i późną-manierystyczną; współczesna wielość form, liczne próby, często podążające ślepymi uliczkami architektonicznej ewolucji wskazują, że jesteśmy w fazie synkretycznej - fazie poszukiwań, z której jeszcze za naszego życia wyłoni się nowy styl. Tegoroczne Biennale być może stanowi krok w jego kierunku.

 

 

Model Taichung Metropolitan Opera House, Tajwan, proj. Toyo Ito, fot. R. Gajda, 2010

 


Radeo

 

 

Skomentuj:

Weneckie Biennale - quo vadis?