Miejsce z brudu i kurzu. O rewitalizacji słów kilka [FELIETON]

Dr hab. Jan Sikora - profesor ASP

Jak współcześnie rozumieć rewitalizacje? Jak znaleźć piękno w tym co popękane, brudne i zużyte? Przeczytajcie felieton dr hab. Jan Sikory, profesora ASP prowadzącego autorską pracownię Sikora Wnętrza Architektura.

Dawna Fabryka Pomp w Lesznie. Proj.  Sikora Wnętrza Architektura
Dawna Fabryka Pomp w Lesznie. Proj. Sikora Wnętrza Architektura
Mat. Sikora Wnętrza Architektura

Miasta w których mieszkamy są muzeami naszych przodków. Przechadzając się po ulicach – w nastroju, zapachu, skali czy obrazie miasta – poznajemy jego historię. Doskonale opisują to w swoich książkach Peter Zumthor czy Zbigniew Herbert. Architektura, wnętrza i design to ślad myśli człowieka i świadectwo jego życia. Różni je głównie skala. Ślady po kulach wojennych na elewacjach współczesnej Gdyni są świadectwem historii podobnie jak ślad dłuta na kaszubskim zydelku.

O rozumieniu rewitalizacji

Rewitalizacja to przywracanie życia. Ale często to współczesne „życie” jest czymś zupełnie innym niż w czasach dla których dane miejsce czy budynek powstały. Przez wieki zmienił się człowiek, jego przyzwyczajenia a także często funkcja danej przestrzeni. Dla przykładu, gdy znakomity designer, profesor Edmund Homa, stworzył w roku 1967 prototyp swojego krzesła H-106, nie przypuszczał, że prawie pięćdziesiąt lat później wprowadzenie go do produkcji będzie oznaczało znaczne powiększenie tego mebla. Bo człowiek urósł. I to znacznie. Podobnie człowiek przyśpieszył, nie nosi już kapelusza i żyje zupełnie inaczej niż 50 lat temu, nie mówiąc już o wcześniejszych wiekach. Nasze przestrzenie byłyby dla niego zupełnie niezrozumiałe, czułby się zapewne zagubiony i zdezorientowany. Sfery psyche i physis i ich odbicie w przestrzeni miast ulega ciągłemu przekształceniu.

Jeśli rozumiemy rewitalizację powierzchownie – jako odmalowanie chodników, wstawienie nowych okien i odnowienie elewacji – to jest to prosty proces, który nie wymaga większej wrażliwości. Choć z pewnością jej brak prowadzi do wielu błędów.

Ale jeśli chcemy by miejsce znów zaczęło mieć sens, by zaczęło się w nim toczyć życie – to jest to gra o zupełnie inną stawkę i inny ma cel. Przestajemy wtedy grać w prostą grę: czyste / brudne, stare / nowe a zaczynamy rozumieć, że materią projektową może być cokolwiek. Jeśli tworzy miejsce, aktywizuje je i nadaje mu nowy sens – to może być to działanie w dobrym kierunku.

 

O Lesznie słów kilka

Ostatnio bywam w Lesznie. W północnej części miasta jest teren dawnej Fabryki Pomp.  Znajduje się po wschodniej stronie ulicy G. Narutowicza, historycznie mieściła się za fosą oraz bramą miejską. Rozległe podwórze zabudowane jest ze wszystkich stron budynkami z cegły ceramicznej, które tworzyły ciąg technologiczny.

W 1923 r. właściciel sprzedał ją polskiemu przemysłowcowi z Sosnowca, inż. Wincentemu Kraupe, który wcześniej zajmował się przebudową budynków oraz naprawą po pożarze.

W czasie okupacji fabryka rozwijała się. Zaczęto produkować również maszyny rolnicze, a napęd maszyn został zmieniony z parowego na elektryczny.

W 1949r. Fabryka przeszła pod Przymusowy Zarząd Państwa. Maszyny zostały zmodernizowane, wprowadzono produkcję sikawek strażackich, pomp mechanicznych i hydrantów ulicznych.

Ciągłe zmiany w podporządkowaniu fabryki przyniosły ubogie czasy. Jednak kolejna modernizacja i odnowa parku maszynowego w latach 1959-1962 spowodowała specjalizację Fabryki w produkcji pomp skrzydełkowych (jako jedynego dostawcy w kraju i za granicą).

Zespół historycznych obiektów składa się z obiektów mieszkalnych, kuźni, odlewni, budynku biurowego, magazynów.

Obecnie budynki fabryki są nieczynne, a obiekty objęto programem opieki nad zabytkami.

Przeczytaj także: Dawna fabryka pomp w Lesznie zyska nowe życie>>

 

O rewitalizowaniu miejsca

I to jest moment w którym poznałem to miejsce i Michała - nowego właściciela miejsca, wizjonera i niezwykle energicznego człowieka. Ma na swoim koncie kilka lokalnych rewitalizacji, które otrzymały nagrody. To taki wyjątkowy prezes firmy deweloperskiej, który wchodzi na dach i z ręki kręci „live” o tym co zaraz będzie się dookoła działo po czym schodzi do jednego z pomieszczeń i mówi „tu w zasadzie można już mieszkać”. I siada na leżaku w środku obdrapanych ścian. Po czym patrzy na mnie i z uśmiechem w oczach mówi: „mi nic więcej nie trzeba, zrobię tutaj swoje biuro."

Dużo potem rozmawiamy - o sensie rewitalizacji,  o wartości zaniedbanych zabytków w naszym kraju. Dochodzimy do wspólnych wniosków, że to, co najcenniejsze w Fabryce Pomp jest popękane, brudne i zużyte. Proszę go by szukał i zbierał „śmieci” i nagle okazuje się, że odkrywamy zakopane w piachu części maszyn, żeliwne kolumny, kute detale… Materią projektową może być cokolwiek – i to co niedoskonałe, i to co perfekcyjne. Z kontrastów często powstaje piękno o ponadczasowym charakterze. Podczas rozmów przypomina mi się historia o rysunkach Modiglianiego - podobno jak był na skraju ubóstwa to tworzył rysunki z kurzu. Kolejne obrazy, który przychodzą do głowy to kopia „Jedzących kartofle” Van Gogha na ścianie w mieszkaniu mojej babci, ulice katowickiego Nikiszowca.

W kontekście współczesnego pędu za luksusem i rozumieniem piękna jako powierzchowny blichtr, rozumiem tych co w autentycznym trudzie przemysłowego życia widzieli wskazówki do tego jak żyć i jak projektować. Surowość brudnych od smaru fabrycznych murów to ewidentny drogowskaz - trudno go zlekceważyć. Czy Pan Michał będzie to rozumiał aż do samego końca? Będę go uważnie obserwował - jak wstawi plastikowe okna to dowiecie się pierwsi.

 

 

 

Skomentuj:

Miejsce z brudu i kurzu. O rewitalizacji słów kilka [FELIETON]